Do tej pory w katalogu toruńskiej wytwórni HRPP Records jest już 36 tytułów. W tym roku dołączą kolejne.
Na pierwszy ogień idzie toruńska formacja Half Light ze swoim najnowszym albumem „Elektrowstrząsy”. Zespół kilka lat temu postanowił poszukać dla siebie miejsca na elektronicznej scenie, ale w wersji pop. Dwie pierwsze autorskie płyty dostrzeżono nie tylko w Polsce, ale również na portalach muzycznych na Węgrzech, we Włoszech, i w Stanach Zjednoczonych. Z czasem zespół zrezygnował z pierwotnego zamysłu, aby śpiewać tylko po angielsku, co zaowocowało wydaniem dwa lata temu albumu „Półmrok”. Warto wspomnieć, że to właśnie Half Light nagrał „Nowe orientacje”, elektroniczną wersję klasycznego albumu Republiki.
Mark Olbrich z albumem „Live at Pamela Blues”, który został uznany Bluesową Płytą Roku 2014. Fot. Wojtek Zilmann.
Kolejną płytą będzie „Bida z nędzą”, która ma podsumować dotychczasowe dokonania rockowej grupy Revolucja. Założycielem zespołu jest Jacek Dewódzki, który w latach 1994-2001 śpiewał w Dżemie. Do tej pory jego zespół na swoim koncie ma trzy albumy. Na najnowszym, który ukaże się w lipcu, znajdą się cztery premierowe kompozycje oraz sześć zremasterowanych przebojów grupy z dwóch ostatnich albumów studyjnych.
„From The Book Of Shadows” - kolejny album sygnowany logo HRPP Records – to projekt zrealizowany na pamiątkę 20. rocznicy wydania „Book Of Shadows” Zakka Wylde`a. Inicjatorem tego przedsięwzięcia jest gitarzysta Bartosz „Bratek” Wójcik. Do wspólnych nagrań zaprosił m.in. Gienka Loskę, Jacka Krzaklewskiego z Perfectu, Marka Radulego i Mietka Jureckiego (obaj grali jeszcze kilka lat temu w Budce Suflera) oraz Gabriela Fleszara.
To nie koniec wydawniczych planów toruńskiej wytwórni. W katalogu HRPP Records ponownie zagości Mark Olbrich Blues Eternity. Poprzedni koncertowy album zespołu pt. „Live at Pamela Blues” zdobył uznanie internautów i zyskał laury Bluesowej Płyty Roku 2014. Mark Olbrich ponownie zaprosił na scenę pubu toruńskich i londyńskich muzyków, m.in. Jimmy'ego Thomasa, Eddiego Angela, Igora Nowickiego, Asię Czajkowską-Zoń i Lauriego Garmana. „Toruń Rocks The Blues (HRPP Live Sessions Vol 1)” już wkrótce w sklepach.
Miłośników lokalnego rocka ucieszy z pewnością informacja, że możemy spodziewać się również składanki koncertowej, prezentującej potencjał toruńskich zespołów. Na „Toruń Ro(c)kuje, Live” wśród wykonawców nie zabraknie Manchesteru, MGM, Dopaminy, Saturday Night Special, Absurdu oraz Zagadki. Autorem kompilacji będzie Mariusz Składanowski. Więcej informacji niebawem.
Było tylko kwestią czasu, kiedy Łukasz Gorczyca, znany w Polsce z występów u boku takich sławnych artystów jak chociażby Jennifer Batten, nagra własną płytę z udziałem gości. I tak też się stało.
Okładka "Gorczyca i przyjaciele"
O ile osobiście spodziewałem się znaleźć na niej rozimprowizowane wersje standardów, to spotkała mnie w tej kwestii miła niespodzianka. Oto utalentowany basista, który zazwyczaj grywał na drugim planie, zaprezentował siedem autorskich kompozycji, w których potwierdza, że potrafi odnaleźć się w każdym gatunku.
Gdy w głośnikach zabrzmiała otwierająca album kompozycja „Happy mustard” musiałem sprawdzić, czy aby na pewno nie wrzuciłem do odtwarzacza którejś z płyt Krzysztofa Ścierańskiego. Po chwili gitara Krissy’ego Matthewsa w kojącym „Look at the east” przywodzi mi na myśl lekkie skojarzenie z... brzmieniem Joe Satrianiego. Po jazzie i bluesie, jest i czas na funky. W „Luxury hotel” z pewnością docenimy kunszt solówki Jennifer Batten. Z kolei „Taniec mówek” płynie niczym u Pata Metheny’ego, aby za sprawą sola kolejnego z gości, Krzysztofa „Pumy” Piaseckiego, wyprowadzić utwór w bardziej rockowe rejony.
Sporo gości, świetnie zagranych partii, ale w sumie mało rzeczy, które mogą nas zaskoczyć. Włączam kolejne numery i za każdy razem mam wrażenie, że gdzieś to już słyszałem; że wiem, co za chwilę będzie. A nawet gdy staram się o tym nie myśleć i rozluźniam się przy świetnie pulsującym „I still love you” (z saksofonami spod ręki Patsy Gamble), to zamykająca album „Samba na słowa” sprowadza mnie w finale płyty boleśnie na ziemię.
Dokładnie rok temu odszedł Jan "Kyks" Skrzek, legendarna postać śląskiej sceny bluesowej. Człowiek, który swoją miłością do grania przez dekady zarażał innych.
Kiedy w 2014 roku w Cierpicach miałem okazję robić wywiad z członkami Śląskiej Grupy Bluesowej dla magazynu "Twój Blues", nie spodziewałem się, że 29 stycznia 2015 roku "Kyksa" już z nami nie będzie. Nikt się zresztą tego nie spodziewał. Zespół, w którym Jan Skrzek śpiewał oraz grał na harmonijce i klawiszach, nie pojawiał się często w mediach. Na rozmowy decydował się rzadko. Zamieszczony poniżej wywiad zawiera ostatnie wspomnienia, którymi legendarny bluesmana podzielił się z prasą
Jan "Kyks" Skrzek w pubie "Pamela" (Fot. Rafał "Gaweł" Gawlik)
- Kilka dni temu swoją premierę miał winylowy singiel, na którym znalazł się Wasz materiał zarejestrowany w styczniu 2012 roku na żywo w toruńskim Hard Rock Pubie „Pamela”. To dość specyficzne miejsce ma muzycznej mapie Polski…
Mirosław Rzepa: Kiedyś grało się w "Pameli" niemal stojąc między ludźmi, którzy prawie przechodzili przez scenę. Taki tłum sprawia, że wytwarza się fajny klimat. To słychać.
Jan „Kyks” Skrzek: Dziewczynom to się bardzo podoba. Potrafią wpaść w taką histerię, jakby na scenie występowała grupa The Beatles, a nie my.
Leszek Winder: Pamiętam, że po tym koncercie - jak co roku - pojawiło się wiele osób z naszymi płytami. Za każdym razem zastanawiam się skąd biorą stare analogi, skoro nakład już dawno się wyczerpał. Te singiel jest naszym pierwszym wydawnictwem winylowym od ponad 20 lat. Sprawił nam ogromną radość.
- Na płycie winylowej wielokrotnie stawiano już krzyżyk, jednak jej popularność z powrotem wzrasta. Tylko w 2013 roku w Stanach Zjednoczonych sprzedano jej aż 6 mln sztuk, co sprawiło, że sprzedaż wzrosła o 32 proc. Czym jest to Waszym zdaniem spowodowane?
LW – Docenieniem zupełnie innego brzmienia. Mamy przyjaciela, który postanowił wyrzucić i rozdać całą swoją niezwykle bogatą kolekcję płyt CD. Teraz słucha wyłącznie muzyki z analogów. Nie sądzę, aby był w tym osamotniony. Podobnym fascynatem winyli jest Wojciech Mann oraz wielu dziennikarzy muzycznych, którzy jednak niechętnie się do tego przyznają.
- Dlaczego?
LW - Bo to odcina ich nieco od artystów, którzy wydają muzykę wyłącznie na CD. "Po co mamy mu ją wysyłać, skoro on słucha tylko winyli?" - myślą.
- Przez wiele lat twierdzono, że spadek sprzedaży CD ma związek z internetowym piractwem. Te dane to chyba dowód na to, że ludzie są jednak gotowi płacić za muzykę, jeśli tylko poda się im ją w odpowiedniej formie.
LW- Jest cała gromada kolekcjonerów, którzy mają świetny i niezwykle drogi sprzęt do słuchania analogów. Pasjonaci, kolekcjonerzy… Uważam, że to właśnie oni mają największy wpływ na wspomnianą podaż płyt.
- Kolekcjonujecie winyle?
LW - Wszyscy je mamy. Ja nawet zazdroszczę Jankowi posiadania niektórych koncertowych wydawnictw. Sama rzadko ich słucham, bo szkoda mi ich na mój gramofon.
Michał „Gier” Giercuszkiewicz: Winyle są jak stare samochody. Dla koneserów. Winylowcy spotykają się, aby słuchać ich w większym gronie. Wymieniają się. Słyszałeś, aby ktoś wymieniał się płytami CD? Od razu kopiują z krążka na krążek. A wtedy ucieka cała magia.
MR - To już może zakrawać na zboczenie, ale wąchałeś kiedyś amerykańskie płyty? Pięknie pachną. I to nawet po latach.
- Skoro macie z tym singlem mniejszą szansę dotarcia do słuchaczy, to po co zdecydowaliście się na jego wydanie?
LW - Wychowaliśmy się w otoczeniu takich płyt. Mamy świadomość ich przewagi nad płytami CD.
MGG - Młodzi nie przywiązują już takiej wagi do winyli, ponieważ nie przeżyli tego, co my. Kiedyś w telewizji nie można było obejrzeć Ozzy’ego Osbourne, więc jedyną szansa, aby przekonać się jak wygląda, była okładka jego płyty. Chłonęliśmy każdy kawałek zdjęcia. Dzięki fotografiom na okładkach mogliśmy też podejrzeć na jakim grają sprzęcie.
JKS – Każdy z nas ma już w swoim dorobku płyty winylowe. To nie jest przecież nasze pierwsze takie wydawnictwo, choć w ostatnich latach – rzeczywiście – nasza muzyka ukazywała się już tylko na CD.
Okładka winylowego singla ŚGB
- Taki winylowy singiel jest o tyle niewdzięczny, że może się na nim znaleźć niewiele utworów. W Waszym przypadku trafiły na niego dwie piosenki. Te najbardziej klasyczne dla grupy: "Sztajger" i prawdziwe opus magnum Śląskiej Grupy Bluesowej, czyli piosenka "O mój Śląsku".
JKS - Pomysł na "O mój Śląsku" narodził się w katowickiej knajpie, która nazywaliśmy potocznie „U Indian”. Można w niej było stracić nie tylko zęby, ale nawet i uszy. Całą naszą trzódką chodziliśmy tam na piwo. Piękna pogoda, siedzimy… Nagle pojawia się ekipa, która zaczyna piłami wycinać pobliskie drzewa. Jedno, drugie... Ruszyło mnie. Gdy ich zapytałem o co chodzi, odpowiedzieli tylko, że dostali takie polecenie. Gdy już wycięli wszystkie drzewa, na kościele wybiła akurat godz. 12. Zdenerwowałem się. Dopiłem piwo i pobiegłem do domu. Od razu chwyciłem za kartkę i ołówek. Dziś w miejscu wycinki stoi już bank.
- W studyjnej wersji tej piosenki pojawia się dziecięcy chór.
JKS – To był chór dzieci ze szkoły muzycznej w Krakowie. Co ciekawe pierwsze publiczne wykonanie „O mój Śląsku” odbyło się podczas festiwalu „Rawa Blues”. Towarzyszył nam wówczas chór dziecięcy „Słoneczni” z katowickiego Pałacu Młodzieży
MGG - Graliśmy to jeszcze z dziećmi w ramach plenerowego spektaklu "Drzewko bytkowskie", który przygotował Józef Skrzek (brat Jana „Kyksa” Skrzeka – przyp. red.). Pamiętasz?
LW - Coś kojarzę. To było jakieś 20 lat temu. Józek przygotował muzyczny spektakl pod drzewem, na którym podczas okupacji Niemcy powiesili jego stryja. Zginął za współpracę z partyzantami, którzy wysadzili pociąg. Była muzyka, poezja… Józek zapowiedział nam, że jak tylko usłyszymy bicie dzwonów, to zaczynamy grać. Siedzimy więc 200 metrów dalej w knajpie i nagle słyszymy te dzwony. Józek gra, pióra nastroszone i powtarza pod nosem "Band, k..., band...! Gdzie jest, k..., band?!?" Dobiegłem pierwszy i chwyciłem za gitarę. W tym czasie dzieciaki zdążyły już kilkakrotnie powtórzyć refren. Po chwili dołączyła resztą. Józek był mocno wkurzony.
- A "Sztajger"?
JKS - Mamy zaprzyjaźnionego śląskiego poetę - Juliana Mateja, którego słowa wykorzystaliśmy niemal we wszystkich swoich utworach. To on wpadł na pomysł napisania tego tekstu. Pracowałem kiedyś w kopalni, a muzyką zajmowałem się jedynie dorywczo. Stworzył tekst o moich dylematach. Co ciekawe sam Matej nie pochodzi ze Śląska, tylko jego żona. Potrafi jednak tak wejść w klimat, jakby mieszkał w Katowicach od urodzenia.
LW - Potrafi pisać teksty, które mimo upływu lat nic nie tracą na swojej aktualności. Jeden z utworów, który powstał 15 lat temu, nadal jest aktualny w kontekście tej naszej całej wspólnoty europejskiej i polskiej biedy. Jego teksty pojawią się także na naszej najnowszej płycie.
- Podobno chcecie nagrywać ją z góralami?
LW – Pojawią się w kilku utworach. Początkowo tego nie zakładaliśmy. Pojechaliśmy do znajomego, który mieszka w Jasnowicach odpocząć oraz zrobić kilka prób. Spotkaliśmy tam czteroosobowy góralski zespół. Postanowiliśmy połączyć ich muzykę z naszą. Chciałbym, aby zagrali taki wolny blues mollowy. Coś nieco podobnego do tego, co grały orkiestry jazzowe w Nowym Orleanie na pogrzebach. Tak to sobie wymyśliłem
MGG - To nie będzie żaden góralski rock'n'roll w stylu braci Golców, tylko autentyczna góralska klasyka. Zaśpiewy, skrzypce... To nas zainspirowało. Kiedy zagrali, Janek po prostu wyciągnął swoją harmonijkę i do nich dołączył. Wszystkim się spodobało.
JKS – Odleciałem. Aż mi się łezka zakręciła.
LW – Nagrywanie materiału chcemy rozpocząć w lutym. Nie chcemy się spieszyć. Zawsze marzyliśmy o tym, aby pracować bez pośpiechu i poświęcić na nagranie tyle czasu, ile będzie trzeba. Bez żadnej presji.
Ten album zamyka kolejny rozdział w historii toruńskiego zespołu. Wiele lat temu Mirosław Zacharski wymyślił sobie, że oto stworzy muzyczny tryptyk, Że jego MGM nagra trzy powiązane ze sobą płyty. Akustyczną, elektryczną oraz koncertową. Pierwsza, wydana w 2002 roku przyniosła kompozycje osadzone w klimacie southern rocka. Druga, wydana dziewięć lat później poszybowała już w kierunku hard rocka. Najnowszy, trzeci album, pod koncertową postacią podsumowują obie wspomniane płyty oraz przynosi kilka niespodzianek.
„Live HRPP 18.02.2013” składa się trzech części. Pierwsza dokumentuje koncert, który odbył się w Hard Rock Pubie „Pamela” z Witoldem Pucińskim z składzie. Mamy zatem okazję obcować z MGM w najpełniejszej odsłonie. Jest otwierająca album „Złamana” o nastolatce rozkochanej przez starszego mężczyznę. Jest świetny „Kot”, a także kompozycje, które od lat stanowią żelazny zestaw na każdym występie: „Krokodyl” i „W oczy wiatr”. W tym zestawie nawet te pierwotnie elektrycznie kompozycje bronią się w nowych akustycznych formach.
Druga część płyty to już MGM bez akustycznych pudeł. Materiał zrealizowano w 2008 roku w studiu Black Bottle Records. Przynosi kilka niepublikowanych dotąd nagrań. „Nasz świat” ociera się o klimaty Red Hot Chili Peppers. W „Wielkim bracie” - opowieści o ojcu Tadeuszu Rydzyku, Mirosław Zacharski jak nigdy dotąd śpiewa o polityce. Już wtedy „Złamana”, „Obojętność” i przebojowy „Szukasz miłości” zwiastowały, że MGM odcina się od bluesowych korzeni.
Album zamykają trzy kompozycje zarejestrowane ponownie w „Pameli” przy okazji urodzin MGM w 2012 roku. To również materiał nagrany w elektrycznym składzie. Z taką muzyczną ciekawostką jak udział w „Szukasz miłości” lidera Manchesteru - Sławka Załeńskiego.
Cały nowy album MGM należy potraktować jako podsumowanie jego dotychczasowej kariery. Tak naprawdę niezwykle trudno jest powiedzieć na jego podstawie, w którą stronę zmierza obecnie ta grupa. Od kilkunastu lat MGM wciąż wydeptuje bowiem tę samą rockową ścieżkę. Dla jego fanów „Live HRPP 18.02.2013” to rzecz obowiązkowa. Pozostali, jeśli lubią w muzyce solidne klasyczne gitarowe sola i melodyjne wokale, również nie będą zawiedzeni. Album ukazał się nakładem HRPP Records.
Już po raz dziesiąty wielkim koncertem podsumowano najciekawsze zjawiska muzyczna na toruńskiej scenie. Tegoroczni zwycięzcy plebiscytu Toruńskie Gwiazdy?
Michał Juszkiewicz oraz Bart Kiciński z Moove na scenie. (Fot. Grzegorz Olkowski)
Tomasz Organek, który obecnie jest najbardziej rozchwytywanym toruńskim artystą, do zdobytych w ubiegłym roku w plebiscycie dwóch Flisaków – dołączył w tym roku zasłużenie trzeciego – dla Wykonawcy Roku. Nagroda za Płytę Roku powędrowała do grupy Absurd za minialbum „Radiowe piosenki”. Płyta ukazał się nakładem wytwórni Hard Rock Pub Pamela Records z Torunia, a zatem toruńskiemu wydawcy również należy się część tego splendoru. DJ-em Roku został DJ Chmielix, a Nadzieją Roku - Funkologia.
Ta ostatni kategoria co roku potwierdza, że toruńska scena muzyczna wciąż jest w stanie wygenerować młodych i zdolnych wykonawców, którzy bez kompleksów są gotowi zawalczyć o swoje miejsce w muzycznym świecie. Z tegorocznych nominowanych najbardziej energicznie robi to grupa Moove, którą pojawiła się podczas piątkowego wieczoru na scenie. Panowie nie zdobyli co prawda w tym roku Flisaka (o przyznaniu nagród decydują internauci), ale zaprezentowali muzyczne show, warte co najmniej kilku takich nagród.
Bart Kiciński z Moove w akcji (Fot. Grzegorz Olkowski)
Siła rock’n’rolla tkwi w prostocie i ogromnej energii. Jednak niczym byłaby ta energia, gdyby nie udawałoby się zarazić nią publiczności. A grupa Moove skutecznie porwała publikę. Bartek Kiciński szalał ze swoją gitarą nie tylko na scenie. Kiedy postanowił zeskoczyć na dół, aby pokonać barierki i grając solo przejść między widzami, ostatni malkontenci (jeśli tylko tacy byli) dali uwieść się ich muzyce ochoczą włączając do zabawy. I nawet Urszula, która pojawiła się w finale Toruńskich Gwiazd, nie była w stanie im tego show ukraść.
Panom z Moove gratuluję i z niecierpliwością czekam na ich debiutancką płytę.
Asia Czajkowska-Zoń zadebiutowała
solo koncertowym albumem „Some Of My Favs”. Materiał zarejestrowano w październiku
2014 roku w Hard Rock Pubie Pamela.
Pamiętam to jak dziś. Usiadłem wieczorem przed komputerem i buszując po sieci natrafiłem na jej wykonanie słynnego „Summertime” George’a Gershwina. Śpiewała w duecie z Igorem Nowickim na organach. Materiał pochodził z jednego z jej koncertów. Przesłuchałem ten utwór raz, dwa razy, trzy… Świetnie zaśpiewała. Ile to razy wcześniej słyszałem jak młode wokalistki porywając się na ten popularny standard docierały w ślepy muzyczny zaułek. Tutaj wszystko było na swoim miejscu. Z ładunkiem emocjonalnym między wersami.
Podobnie jest na płycie. Czajkowska-Zoń też wybrała popularne standardy, a mierzyć się z takim kompozycjami nie jest łatwo. Ileż to wersji „Night In Tunisia”, „Georgia On My Mind”, czy “Cheek To Cheek” nagrano próbując zaskoczyć słuchaczy? Rozpędu dodają wokalistce świetni muzycy – wspomniany wcześniej Igor Nowicki na klawiszach, Michał Rybka na basie i Waldemar Franczyk za perkusją. Wokalistka ma kawałek mocnego głosu, ale raczej dyskretnie go używa ze swobodą poruszając się w rożnych gatunkach.
Emocje wybuchają w „Every Day I Have The Blues”. Razem z rozpopularyzowanym przez Franka Sinatrę „Cheek To Cheek” to dla mnie jeden z najprzyjemniejszych fragmentów tego albumu. Sporo wnoszą do odbioru całego wydawnictwa zaproszenie na koncert goście. Mark Olbrich, Eddie Angel i Krzysztof „Partyzant” Toczko. Gitarowe starcie tych dwóch ostatnich muzyków w 9-minutowym hendriksowskim „Little Wing” nadaje płycie „Some Of My Favs” dodatkowego smaku. Świetny fragment będący osobnym muzycznym rarytasem.
Nikt przed Asią Czajkowską-Zoń podobnego albumu na toruńskiej scenie nie wydał. Płyty rasowo zaśpiewanej, łączącej ze sobą blues, rock, jazz, a nawet funky. Dotykającej tych zakamarków muzycznej wrażliwości, które zazwyczaj uaktywniają się po zmroku przy niewinnej lampce wina. Debiut ciekawy. Jako bonus dorzucono jej autorską kompozycję „There’s A Place”, która może zwiastować kolejny – już studyjny – album. Płyta ukazała się nakładem wydawnictwa HRPP Records.
Asia Czajkowska-Zoń, Some Of My Favs - Live, HRPP Records 2015.
Sześć premierowych piosenek prezentuje inne oblicze zespołu niż na debiutanckiej płycie. W jednym utworze słychać nawet saksofon.
Zaczyna się dość ironicznie.W otwierającej to wydawnictwo "Radiowej piosence" (powstał do niej teledysk) Mateusz „Czyżyk” Czyżniewski śpiewa: "Witam serdecznie/ Przeszedłem zasięgnąć rady/ Chciałbym być częścią tej maskarady/(...) Jak wypadam w tym waszym bilansie zalet i wad? / Co z melodią i wokalem mym?/ Może zmienić tekst?/ Dobrać lepszy rym?" Prowokacyjne sprytne zagranie. Zwłaszcza gdy zestawimy to z kolejnym utworem "Druga radiowa piosenka", w którym wokalista Absurdu wykrzykuje do mikrofonu "Ja chcę więcej!".
Absurd "Radiowe piosenki"
Grupa znów ociera się o The Pixies (wspomniane "Ja chcę więcej"), słodzi Happysadową melodyką ("Najbardziej radiowa piosenka") i bawi się różnymi stylami, Wstęp do najbardziej przebojowej "Filmowej piosenki" przywodzi na myśl "Love street" The Doors, ale to drobiazg. Podczas słuchania tego minialbumu nie można się nudzić. Tekstowo też jest nietypowo. "Gdzieś, gdzie pamięć zabrał czort/ Tam komuś świta coś, co odmieni te czasy/ A w grobowej ciszy też znajdzie się jeden śmiech i to taki po pachy" ("Ostatnia radiowa piosenka").
Płyta pokazuje, że po dość dobrym młodzieńczym debiucie sprzed roku, zespół nie ugrzązł w kilku recenzenckich pochlebstwach i idzie dalej do przodu. Nadal ma coś do powiedzenia i jest pełen twórczego zapału. "Czyżyk" wciąż snuje swoje alternatywno-rockowe opowieści, a sposobu w jaki to robi wielu pewnie mu zazdrości: "I zaraz schowasz się w poszewkę kołdry/ Bo przyjdzie karmazynowy król/ Szalony księżyc krzyczał będzie/ Bo znowu na niebie świeci głowy jego pół". Takich nietypowych tekściarzy mamy w regionie niewielu.
Nie podlega wątpliwości, że Rejestracja jest zespołem wyjątkowym. Legenda, którą przez lata obrosłą ta grupa, każe ze szczególną uwagą pochylić się na jej każdą kolejną płytą. „Ludzie w latach 80. ubiegłego wieku masowo chodzili do kina „Orzeł” na film „Tylko rock”. Wybierali się tam jedynie po to, aby zobaczyć 68-sekundowy fragment z udziałem Rejestracji. Tuż po nim opuszczali widownię, mimo że seans trwał nadal” - wspominał niedawno Dariusz Kowalski, wydawca „Szkoda słów” na łamach Chopper Magazine.
Lata lecą. Obecnie ze starej załogi Rejestracji w szeregach pozostał tylko wokalista Grzegorz „Gelo” Sakerski. Drugi weteran punkowej sceny - perkusista Tomasz „Siata” Siatka - krótko po nagraniach albumu znalazł się poza szeregami zespołu. Grupa zrobiła sporo, aby uatrakcyjnić nową płytę. Sięgnięto po kilka starych kompozycji („Tunel”, „Otwórzcie te drzwi”), zaproszono gości, m.in. pierwszego gitarzystę Rejestracji - Tomasz „Murka” Murawskiego, Pawła „Gumę” Gumolę z Moskwy, a nawet Roberta „Litzę” Friedricha z Luxtorpedy (szkoda, że udział tego ostatniego został tak słabo wyeksponowany).
Jaka dziś jest ta legendarna Rejestracja? Słuchając „Szkoda słów” odnosi się wrażenie, że album jest tak naprawę próba pogodzenia dwóch sprzecznych ze sobą interesów. Próbą podążania dotychczasową własną i niezależną drogą oraz ukłonem w stronę szerszego grona słuchaczy, co przez najbardziej zagorzałych punkowych fanów może zostać uznane za muzyczną zdradę dotychczasowych ideałów. Ta druga droga w dłuższej perspektywie może wyprowadzić ten kultowy toruński zespół na muzyczne manowce.
Oddech starej Rejestracji czujemy słuchając tytułowego „Szkoda słów” „Teraz wiem”, „Reagan”, „Nie obchodzi was”, „Pedofile”... Nowe oblicze zespołu prezentuje otwierający płytę szybki „Eco ziemia”, a także zaśpiewana w duecie z Mają Lewicką urockowione „Nie ma mnie z tobą”. Mamy też flirt z reggae („Śmietnik”) i nieco lżejsze „Otwórzcie te drzwi” autorstwa Zbigniewa Cołbeckiego. Jest i ten niebezpieczny zwrot w stronę jakiegoś dziwnego punko-polo, o czym pisałem już recenzując winylowy singiel grupy („Solarium”).
Gdyby nie głos Grzegorza Sakerskiego, to momentami trudno byłoby uwierzyć, że to gra ta sama Rejestracja, którą znamy („Tunel”, „Solarium”, wstęp do „Nie obchodzi was”). Zespół udanie kombinuje z brzmieniem (w dwóch utworach pojawia się akordeon !), ale też często bezpiecznie sięga po dawne i sprawdzone rozwiązania. Przyznaję, że po kilkunastu uważnych przesłuchaniach tego albumu, nadal mam mieszane odczucia. Najnowsza płyta Rejestracji „Szkoda slow” ukazał się nakładem wydawnictwa HRPP Records.
Nakładem HRPP Records ukazał się winylowy koncertowy singiel pilotujący nową płytę toruńskiej Rejestracji. Studyjny album jest już podobno w tłoczni. Apetyt zaostrza informacja, że wśród gości pojawi się na nim - ze swoją gitarą i w chórkach - m.in. Robert „Litza” Friedrich z Luxtorpedy.
Rejestracja "Teraz wiem"
Póki co mamy jednak tylko singel. Zawiera koncertowe wersje premierowych piosenek, które docelowo trafią na nową płytę toruńskiego zespołu. Choć nie wszystkie, ale o tym za chwilę. Okazuje się, że wokalista Grzegorz "Gelo" Sakerski, który zapowiadał, że nowym materiałem Rejestracja otrze się o bardziej komercyjne klimaty nie żartował. Mamy więc z jednej strony szybkie i dynamiczne „Szkoda słów” (bodaj najlepszy z pięciu zaprezentowanych numerów), a z drugiej jakieś punko-polo pt. „Solarium” opowiadające historię dziewczyny z dyskoteki.
Co ciekawe na singlu znalazł się też „Stadion”, kompozycja, który ma dość ciekawą historię. Pierwotna wersja tego wpadającego w ucho utworu miała szansę stać się nieoficjalnym hymnem kibiców Unibaksu. "Gelo" napisał bowiem numer z nośnymi sportowymi frazami w stylu „Go! Anioły, go!” (utwór można znaleźć w sieci), który nadawał się idealnie do wspólnego śpiewania - zarówno na koncercie, jak i na Motoarenie. Ostatecznie zespół zrezygnował całkowicie z tej wersji zmieniając cały tekst utworu. I tej zmienionej wersji można właśnie posłuchać na wydanym przez HRPP Records singlu. Na nowej płycie „Stadionu” nie będzie. Wcale.
A co z całą płytą? Nowy studyjny album toruńskiej Rejestracji, która jest jedną z legendarnych polskich grup punkowych (w czasie największej popularności fragmenty tekstów jej piosenek wypisywano na murach w całej Polsce) trafił już do tłoczni. W sklepach powinien być dostępny jeszcze podczas tegorocznych wakacji, choć biorąc pod uwagę ile razy jego premiera była przesuwana, można się spodziewać kolejnego opóźnienia.
Wydanie tej płyty będzie zapewne wydarzeniem, a jej premiera zbliża się już wielkimi krokami. Nakładem HRPP Records ukaże się wkrótce dwupłytowy album „Tribute to Moskwa”.
Okładka singla "Tribute to Moskwa"
Na płycie zespoły kojarzone do tej pory z zupełnie z innymi muzycznymi przestrzeniami niż punk-rock składają wspólny hołd legendzie tego gatunku z okazji 30-lecia jej istnienia. Co ciekawe obok takich wykonawców jak Maleo Reggae Rockers czy Vavamuffin, na podwójnej płycie usłyszymy siedem toruńskich zespołów. Wśród nich m.in. Rejestrację, MGM, Absurd i Ergo.
Całość pilotuje wydany na winylu i na CD singiel, na którym możemy zapoznać się z czterema utworami pokazującymi diametralnie różne spojrzenia na twórczość Moskwy. Ze stricte punkową wersją „Za kratami” toruńskiej formacji Redaial, grindcore’owym „Nigdy” Diffenbachii, ociekającym raggą „Pokoleniem małp” Vavamuffin, a także - do tej pory największą atrakcja z ujawnionego materiału - „Samobójstwami” grupy Mosaic. W akustyczno-ludowej wersji.
„Klip do tego utworu nakręciliśmy w krypcie kościoła pokamedulskiego. Na zewnątrz trzaskał mróz, a w krypcie - ta sama od stuleci wilgoć i wieczność. Kilka kroków od miejsca, w którym grał Mosaic leżą pochowani mnisi” - można wyczytać we wkładce, która towarzyszy singlowi. Grupie udała się rzecz niebywała. Przeniosła bowiem kompozycję Moskwy w zupełnie inny wymiar. Wywróciła ją do góry nogami i zagrała po swojemu w stylu muzyki dawnej. Wyszło piekielnie dobrze.
Singiel premierę miał na festiwalu w Jarocinie, gdzie Moskwa świętowała swoje 30-lecie. Z tej okazji lider zespołu - Paweł „Guma” Gumola zaprosił na scenę toruńskich muzyków Łukasza Fijałkowskiego (Ergo) oraz Mateusza Czyżniewskiego (Absurd). Obaj zagrają z Moskwą również z 3 sierpnia na scenie Przystanku Woodstock. Premiera całej płyty „Tribute to Moskwa” w październiku tego roku.
Dla Sławka Załeńskiego, lidera Manchesteru, dzień bez napisania piosenki, to dzień stracony. Ma ich tyle, że wpadł na pomysł, aby się nimi podzielić. Z kobietami. Dzięki niemu dziesięć najlepszych toruńskich wokalistek zaśpiewa wspólnie na jednej płycie.
- Postanowiłem zebrać najciekawsze śpiewające torunianki w jednym projekcie. Większość z tych dziewczyn jest niezwykle zdolna, ale jednocześnie nie ma możliwości nagrania własnej płyty – tłumaczy kulisy powstania wydawnictwa Sławek Załeński. – Zaczęło się od listy, którą zrobiłem. Znalazło się na niej dwanaście nazwisk. Wśród nich Asia Czajkowska, Marta Lityńska, a także mniej znana, ale utalentowana Sara Pach. Więcej nazwisk nie będę zdradzał, bo z częścią nie rozmawiałem jeszcze o udziale w tym projekcie.
Sławek Załeński jest naczelnym kompozytorem i autorem tekstów Manchesteru. W ramach odreagowania od grania pop rocka, założył kilka lat temu punkowe trio Aberdeen. Mimo tego baza piosenek w jego komputerze nadal nie przestawała rosnąć. – Piszę ich sporo, bo lubię bawić się różnymi stylami. Tak samo będzie na płycie. Każda z dziewczyn kojarzy mi się z określonym rodzajem muzyki, a więc dla każdej chciałbym napisać odpowiednią piosenkę – mówi gitarzysta.
Sławek Załeński i Sara Pach
Współpracę przy projekcie zaczął od Asi Czajkowskiej, wokalistki swobodnie poruszającej w klimatach jazzu i soulu, która - tak jak wcześniej Kayah - współpracowała m.in. w Atrakcyjnym Kazimierzem. Aktualnie w domowym studio Sławka Załeńskiego trwają prace nad nagraniami z Sarą Pach. Młoda wokalistka jest laureatką wielu konkursów muzycznych. - Mamy już nagrane dwie piosenki. Materiał jest popowo-dyskotekowy, czyli diametralnie różny od tego co robiłem do tej pory. Nie chcę tworzyć drugiego Manchesteru. Bo po co? – mówi Załeński.
Gitarzysta ma już doświadczenie w pisaniu dla kobiet. Pamiętamy jak w swoim poprzednim zespole – Toronto – był autorem tekstów dla wokalistki Oksany Predko. Jest również twórcą kilkunastu nigdy nie wydanych utworów dla telewizyjnej pogodynki – Doroty Gardias. Materiał został zarejestrowany na fali jej popularności, gdy wygrała telewizyjny show „Taniec z gwiazdami”. – Nagraliśmy wtedy 4-5 piosenek. To miał być typowo komercyjny projekt, ale wytwórnia zrezygnowała z jego realizacji – opowiada.
Droga do sfinalizowania jego najnowszej płyty jest jeszcze długa, ale już w kwietniu będzie okazja, aby uchylić rąbek tajemnicy dotyczący tego projektu. Sławek Załeński zagra wówczas wspólnie z Asią Czajkowską w pubie „Pamela”. Podobno będzie sporo elektroniki. Wydawcą płyty z toruńskimi wokalistkami będzie HRPP Records.
Wielkimi krokami zbliża się premiera nowej płyty MGM zatytułowanej „New Heads”. Materiał nasyconymi gitarowymi riffami i dalekimi od banału tekstami „Gonza”. O tym co w życiu ważne z perspektywy faceta, który trochę już w swoim życiu przeżył i ma coś do powiedzenia. To MGM, jakiego do tej pory jeszcze słyszeliśmy. Iście rockowa maszyna.
Zanim jednak będzie nam dane przesłuchać cały album pojawi się winylowy singiel pilotujący to wydawnictwo. Zawiera jeden utwór studyjny oraz trzy kompozycje nagrane na żywo. Nie ukrywam, że z przyjemnością zaprojektowałem okładkę zarówno na płytę „New Heads”, jak i na wspomnianego singla (patrz obok). Wydawcą obu materiałów jest HRPP Records.