Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobra. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Moove "Round And Round"

Moove "Round And Round"
Tytułowy utwór otwierający album „Round And Round” to typowy przykład kompozycji nadającej się do wspólnego śpiewania podczas koncertów. Właśnie tak pisze się utwory, które wchodzą do głowy za pomocą rozpoznawalnego riffu i nośnego refrenu. Potrafią zarazić energią. Zaraz potem jest „Little Sinner” i „Love Payment Blues”. Ten ostatni numer chyba najbardziej zbliża Moove do AC/DC, ale co z tego? Z uwagi na zachowanie na scenie gitarzysta Bart Kicińki już wcześniej był porównywany do Angusa Younga. To komplement. Podobnie jak to, że z łatwością opanował klasyczne rockowe rzemiosło i dobrze wie, jak konstruować kilkudźwiękowe riffy, przy których noga sama wyrywa się do tupania, a dziewczyny piszczą pod sceną. W rock’n’rollu to podstawa.

W bluesująco sunącym do przodu „Tough Town” Moove zwalnia nieco tempo, ale nadal trzyma poziom. Podobnie w „Fourteen Miles”. „Gonna Fight” pulsuje kolejnym bardzo dobrym riffem, a w „21st Century Girl” mamy kolejny nośny refren. Obok „Round And Round”, „Love Payment Blues”, to jeden z mocniejszych momentów na tym albumie. Słychać, że panowie porządnie odrobili lekcję gitarowego rock’n’rola. Że grają to, co kochają, a przede wszystkim potrafią zarazić swoją energią innych. Kto pamięta ich występ podczas finału Toruńskich Gwiazd na Rynku Staromiejskim, ten doskonale wie, o co chodzi. Wypada zauważyć, że już dawno nie mieliśmy na scenie tak zgrabnego muzycznego duetu, jaki w zespole tworzy Bart Kiciński ze śpiewającym Michałem Juszkiewiczem.

Grupa przypadła do gustu również Andrzejowi „Kobrze” Kraińskiemu. – W ubiegłym roku byłem jurorem na przeglądzie muzycznym Giwera w Giżycku. Gdy Moove zaczął grać, już wiedziałem, kto wygra - mówi lider Kobranocki. - Wszystko się w tej muzyce zgadzało. Materiał był świeży, zawierał świetne riffy... Decydującą wpływ nabrzmienie zespołu miał gitarzysta grający na telecasterze. Na dodatek wszystko było zaśpiewane poprawnie po angielsku.

Moove sunie do przodu niczym czołg, deklasując rywali podczas kolejnych przeglądów. Wspomniana Giwera w Giżycku, Rockowania w Mławie, Rockowe Andrzejki w Kostrzynie Wielkopolskim, Jaszczur Music Festival, Śliwka Fest, Wrocławski Festiwal Form Muzycznych, Muzyczna Jesień w Grodkowicach... Wszędzie tam udało im się sięgnąć po główne finansowe laury. Uzbierane w ten sposób środki przeznaczyli na nagranie i mastering debiutanckiej płyty, którą udostępnili kilkanaście dni temu za darmo TUTAJ.

- Doszliśmy do wniosku, że utwory, które zarejestrowaliśmy w studiu, to już nieco inny Moove od tego, który można obecnie usłyszeć na koncertach. Zmieniliśmy brzmienie, mamy wiele nowych utworów... Płytę „Round And Round” chcielibyśmy dodać jako bonus do naszej premierowej EP-ki z nowym materiałem - tłumaczy zaskakującą decyzję grupy Bart Kiciński. Warto wspomnieć, że gitarzysta wspólnie z Maciejem „Ślimakiem” Starostą z Acid Drinkers gra również w formacji SIQ, której debiutancki album ukaże się w pierwszej połowie tego roku.

Moove, Round And Round, 2015. 

wtorek, 6 października 2015

Toruńskie płyty nadchodzą...

Maciej Tacher już parę lat temu doszedł do tego, że równolegle ze śpiewaniem w Manchesterze, chciałby realizować swój solowy projekt. Z myślą o tym napisał już ponad dwadzieścia piosenek, w których daje upust swojej fascynacji subtelnym, akustycznym i przestrzennym brzmieniem. Próbkę jego nowej artystycznej odsłony można już usłyszeć na YouTube, gdzie trafiło kilka kompozycji: „Love pod prąd”, „To nie mój kot” czy zamieszczony w sieci w ostatnim czasie "Wegetarianin". 


Maciej Tacher w studiu nagrań (Fot. Facebook)

- Nad ostatecznym materiałem pracujemy aktualnie w studiu. I tak będzie prawdopodobnie do końca roku. Póki co zdecydowaliśmy się zarejestrować czternaście utworów. Kiedy zakończymy pracę, będę zastanawiał się jakie będą dalsze wydawnicze losy tego projektu - mówi Maciej Tacher. - Miałem taką koncepcję, aby to wszystko było w miarę delikatne, akustyczne. Dzięki temu nie muszę przebijać się głosem przez ścianę dźwięku.

W tym samym czasie Sławomir Załeński, czyli kolega Tachera z macierzystego zespołu, również nie próżnuje. O grupie Brajton, nowym projekcie gitarzysty Manchesteru, już pisałem. Załeński od dwóch lat nosił się z pomysłem nagrania płyty z kilkom wokalistkami. Ostatecznie stanęło na jednej - Annie Hnatowicz. Zespół prowadzi już zaawansowane rozmowy z jedną z firm fonograficznych, ale płyty nie należy spodziewać się szybciej niż na wiosnę. Załeński stara się pogodzić w tym zespole pop z rockiem i elementami disco. 

O wiele szybciej ukaże się album grupy Moove, największego rockowego objawienia ostatnich miesięcy. - Metal Mind gwarantował nam dystrybucję w sklepach, ale żadnej promocji. A kto kupi album zespołu, który nie jest znany? Lepiej wydać ją samemu i sprzedawać na koncertach - twierdził gitarzysta Bartek Kiciński. I tak jak zapowiadał, tak też się stanie. - Decyzja już zapadła. Płytę wydamy sami - opowiada. - Nasz debiutancki album "Round and round" ukaże się na początku listopada. 

Grupa Moove (Fot. Adam Juszkiewicz)

Jeszcze w tym miesiącu powinien pojawić się pierwszy teledysk do utworu "21st Century Girl". Część zdjęć nakręcono w Chorwacji. - Nie widziałem jeszcze ostatecznej wersji, ale jestem spokojny o końcowy efekt. Mam zaufanie do twórcy - mówi Bartek Kiciński. - Miesiąc później do sieci planujemy wpuścić kolejny klip do tytułowego numeru. Na debiutanckim albumie Moove znajdzie się jedenaście kompozycji. Płytę będzie można nabyć podczas koncertów oraz przez stronę internetową zespołu.

10 listopada swoją premierę podczas dwudniowego Hard Rock Pub Pamela Festival będzie miał wyczekiwany od dłuższego czasu koncertowy album MGM. Na płycie "Live HRPP" znajdą się zarówno akustyczne, jaki i elektryczne wersji utworów z dwóch poprzednich studyjnych płyt. Wśród dodatków pojawią się również niepublikowane do tej pory nagrania studyjne. W tym kompozycja dedykowana o. Tadeuszowi Rydzykowi, dyrektorowi Radia Maryja, zatytułowana "Wielki brat". 

Krążek jest swoistym zamknięciem płytowego tryptyku MGM. Zgodnie z pomysłem towarzyszącym powstaniu zespołu, grupa miała wydać trzy płyty: dwie studyjne (akustyczną i elektryczną) oraz koncertową. Po 21 latach założenia te udaje się zrealizować.

Co jeszcze? Z okazji 30-lecia Kobranocka przygotowuje specjalne 2-płytowe wydawnictwo, na którym znajdą się najbardziej znane przeboje zespołu. Specjalnym bonusem będzie pięć premierowych kompozycji. Utworem promującym to wydawnictwo w radiu będzie "Jeżdżę na rezerwie", którą Kobranocka nagrał kiedyś z Januszem Panasewiczem przy mikrofonie w ramach projektu Cisi Mnisi. Po latach kompozycję nagrano ponownie z "Kobrą" na wokalu.

wtorek, 8 września 2015

Kobranocka - 30. urodziny, czyli ogień wciąż płonie

Wystarczyło, że Andrzej „Kobra” Kraiński pojawił się na moment na scenie, aby odebrać Kryształowego Anioła. Wystarczyło, że rzucił krótkie „Czołem!”. Od razu mógł usłyszeć aplauz swoich fanów i dostrzec jak po bokach poszybowały w górę transparenty z wymalowanymi napisami w stylu „Kocham Cię jak... Kobranockę. W każdy dzień i w każdą nockę”. Miłośnicy twórczości tej najbardziej rock’n’rollowej toruńskiej grupy nie mogli w niedzielę narzekać. Usłyszeli wszystkie przeboje zespołu, ale także szlagiery zaproszonych tego dnia do Areny Toruń gości. I to czasem w dość zaskakujących gitarowych aranżacjach.

Kobra i Muniek Staszczyk (Fot. T.Bielicki)

Zaczęli sami. Tak jak zwykli to robić w ubiegłych latach od „Ela, czemu się nie wcielasz?"”. Tuż po „Kaftaniku bezpieczeństwa” zrobili skok z pierwszej do ostatniej płyty sięgając po „Intymne życie mrówek”. Pierwszy gość - Muniek Staszczyk. Wokalista T.Love tak zgrabnie wkomponował się z stylistykę Kobranocki, jakby śpiewał z nimi od lat. Popłynęła „Biedna pani” i „Ballada dla samobójców”. Zespół odwdzięczył mu się dwoma szlagierami jego macierzystego zespołu. Zabrzmiały „Autobusy i tramwaje” oraz „Chłopaki nie płaczą”. Warto wspomnieć, że związki Kobranocki i T.Love sięgają 1987 roku, kiedy to równocześnie w obu tych grupach grał na perkusji Piotr Wysocki. 

Wśród gości był i John Porter (Fot. T.Bielicki)

„Rozgrzeszenia nie chcą mi dać” w wykonaniu samego zespołu było wstępem do zaproszenia kolejnego z gości. Grający na gitarze i śpiewający Tomasz Organek zaskakująco dobrze odnalazł się w piosence „Po nieboskłony” i pierwszym wielkim przeboju Kobranocki „Póki to nie zabronione” dodając im swojego muzycznego kolorytu. Była też „Kate Moss” i wykonany solo „Głupi”, który zapewnił chwilę oddechu całemu zespołowi. Co ciekawe zdjęcia muzyków przez cały czas trwania urodzinowego koncertu migały na telebimach zawieszonych nad publicznością, które wspólnie z „Kobrą” wykrzykiwała refreny wszystkich piosenek. 

W wielkim finale zabrzmiało "I nikomu nie wolno" (Fot. T.Bielicki)

„Keep on rockin’ in the free world!” - śpiewał Neil Young na wydanym w 1989 roku albumie „Freedom”. Pięć lat później kobranockowa wersja „Rockin’ in the free world” otwierała jedną z najlepszych płyt zespołu „Niech popłyną łzy”. Dziś grupa rzadko sięga po ten utwór. Dla Johna Portera zrobiła wyjątek. I świetnie im to wspólnie zagrało! Walijczyk podobnie jak „Kobra” rozmiłowany jest w twórczości amerykańskiego barda. Zazwyczaj dość zachowawczy, przy „Rockin’ in the free world” pozwolił sobie nawet na skakanie po scenie, co w jego przypadku graniczy już z ekstrawagancją. Do tego „Honey trap”, nastrojowe „No more whiskey” i słynny „Refill”.

Tomasz Organek zagrał z Kobranocką po raz pierwszy (Fot. T.Bielicki)

Pojawienie się na scenie Kayah wzbogaciło „Mówię Ci, że” (wokalistka jako nastolatka zaśpiewała w oryginalnej wersji Tiltu) oraz „Tak chcę Cię przestać kochać” (piosenka w latach 80. zagościła w radiu jako „Gorycz w chlebie”). Zespół poszalał sobie nieco przy „Na językach”, „Córeczko”, biorąc na warsztat również „Supermenkę”. Przerwa na „Kombinat” Republiki, po którym „Daj na tacę”, „Kryzysowa narzeczoną”, świetną gitarową wersję „Sztuki latania” (!) oraz „Hipisówkę” (z drobnymi problemami) wyśpiewał Janusz Panasewicz. Aż szkoda, że ten cały urodzinowy rock'n'rollowy koncert nie trafi na żadną płytę. 

Rafał Bryndal, Big Cyc i Kobranocka razem na scenie (Fot. T.Bielicki)

W wielkim finale na scenie pojawiła się ekipa Big Cyca, wcześniej rozgrzewająca publiczność przed występem Kobranocki. Dołączył do nich też  Rafał Bryndal. Wspólnie wykonano „I nikomu nie wolno”, kolejny wielki przebój, którego muzykę toruński zespół pożyczył sobie od utworu niemieckiej grupy Die Toten Hosen „Armee Der Verlierer”. Choć Kobranocka od lat nie musi już nikomu nic udowadniać, koncertem w hali widowisko-sportowej pokazała, że jako zespół ze sporym 30-letnim bagażem nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. A ogień, który rozpaliła swoją pierwszą płytą, wciąż płonie.

Janusz Panasewicz porwał się na "Hipisówkę"

środa, 2 września 2015

Kobranocka ma 30 lat

- Kiedy usłyszałem „Satisfaction” The Rolling Stones to już wiedziałem co chcę robić w życiu. Byłem wówczas w przedszkolu. Miałem wtedy wizję, że stoję w centrum sceny, a po bokach moi wujkowie - opowiada Andrzej „Kobra” Kraiński -  I stało się.

Kobranocka dziś to: Jacek Moczadło - gitara, Piotr Wysocki - perkusja, Jacek Bryndal - bas i śpiew; Andrzej Kraiński - gitara i śpiew (Fot. Mariusz Skiba)

„Kobra” ma dziś 51 lat, z czego 30 spędził na scenie z Kobranocką, jednym z ostatnich autentycznych bastionów rocka na polskiej scenie; pełnej dziś sezonowych gwiazdek i rock-popowych mielizn. - Kiedy powstawał ten zespół, nikt z nas nie zakładał takiej długowieczności. Żartowaliśmy, że przecież nie będziemy grać jak Beatlesi mając po 40 lat. I popatrz... - mówi. - Nie potrafię robić niczego lepiej, ale dobrze się z tym czuję. Póki starcza mi sił, nie chcę tego zmieniać. Z każdym koncertem wychodzę na scenę z poczuciem, że mam dla kogo. Bywało, że wielokrotnie załamywałem się, bo wiązałem zbyt duże nadzieje z poszczególnymi płytami. Od 20 lat nie przywiązuję już do tego wagi. Cieszę się z tego, co mam.

Jego zespół od lat wydeptuje własną muzyczną ścieżkę wypełnioną takimi szlagierami jak  „Ela, czemu się nie wcielasz”, „Póki to nie zabronione”, „Hipisówka”, czy najczęściej goszczącym w radiu „Kocham Cię jak Irlandię” (utwór wykorzystano m.in. w reklamie whisky „Bushmills”).  - Przez 90 proc. społeczeństwa Kobranocka kojarzona jest wyłącznie z tą balladą - mówi Andrzej Kraiński. - Lubię ją grać, ale nienawidzę słuchać wersji, która znalazła się na studyjnej płycie. Nawet Marek Niedźwiecki pytał w radiu dlaczego kiedy śpiewam, to seplenię? TO zasługa realizatora dźwięku, który chciał wygładzić moje „sz” i „cz”. Bywa, że jak rozpoznają mnie w knajpie, to chcąc zrobić mi przyjemność, puszczają właśnie tę piosenkę. 

Marzec lub kwiecień 1986 roku. Pierwszy koncert Kobranocki w rodzinnym Toruniu. (Fot. Archiwum Andrzeja Kraińskiego)

Zanim narodziła się Kobranocka był Latający Pisuar, który święcił triumfy na kultowym Balu Plastyka w toruńskiej „Od Nowie”. Krótko później Grzegorz Brzozowicz, ówczesny kierownik warszawskiego klubu Riviera-Remont, zaprosił grupę na festiwal „Poza kontrolą”. - Uznaliśmy, że jako Latający Pisuar nie zrobimy oszałamiającej kariery w mediach - opowiada „Kobra”. - Ordynat Michorowski (autor większości tekstów Kobranocki - przyp red.)  rzucił kilka propozycji nowej nazwy. Formacja Rzuć Się Pod Pociąg, grupa Bydlę... Wśród nich była też i Kobranocka. Genialna nazwa, której pochodzenie milion razy próbowałem wyjaśnić obcokrajowcom. Bezskutecznie. Pod tym szyldem zadebiutowaliśmy w Warszawie 30 sierpnia 1985 roku. 

Słynne logo zespołu zaprojektował toruński plastyk Lech Tadeusz Karczewski. - To była śmieszna historia. Przyszedł do mnie „Kobra” w takich swoich charakterystycznych spodniach o kolorze sałatkowej zieleni i w czarne pasy. Zapytał czy zrobiłbym logo dla jego nowego zespołu. Miał tylko jedno zastrzeżenie. Miałem w nim wykorzystać taki sam kolor jakim miały wtedy jego spodnie - wspomina. - I zaprojektowałem. Czarny napis z wybuchającym literami na zielonym tle. 

Andrzej Kraiński, Michał Zaborowski, Jacek Bryndal, Piotr Wysocki. Rok 1987/1988, Spodek Katowice. (Fot. Archiwum Andrzeja Kraińskiego)

Po debiutanckim koncercie ukazała się pierwsza ogólnopolska recenzja pióra Marka Wiernika. Pisano w niej o genialnym połączeniu punka i saksu. - Jak to przeczytałem, to prawie się popłakałem - wspomina z sentymentem „Kobra”. Krótko po tym Kobranocka ruszyła we wspólną trasę z początkującym wówczas niemieckim zespołem - Die Toten Hosen. Muzykę z ich „Armee Der Verlierer” pożyczono do „I nikomu nie wolno”, kolejnego wielkiego przeboju Kobranocki.  - Oni jeździli własnym busem, a my za nimi pociągami. Takie to był czasy - opowiada. - Wspólne imprezy? Cały czas. Po występie w Toruniu wróciliśmy nad ranem, a koncert, który odbywał się tego dnia w Warszawie położyliśmy. I oni, i my.

Nie byłoby Kobranocki, gdyby nie przyjaźń Andrzeja Kraińskiego z Jackiem „Szybkim Kazikiem” Bryndalem. To właśnie on nauczył „Kobrę” pierwszych akordów na gitarze. Znali się ze szkoły podstawowej. Wspólnie zakładali pierwsze zespoły: Imprezę Dla Chętnych, Fragmenty Nietoperza... - ...  i wiele zespołów bez nazw, które rozpadały się zaledwie po dwóch próbach. Spotykaliśmy się u mnie w domu, bo miałem pianino. Zdejmowaliśmy jego osłony i próbowaliśmy wydobywać dźwięki w eksperymentalny sposób - opowiada „Szybki Kazik”. - „Kobra” nigdy nie mógł usiedzieć w miejscu. Co chwilę ogarniały go nowe pasję, które równie szybko porzucał. Chciał był hokeistą, tenisistą...  I był. Do czasu aż się tym znudził.

Jacek Perkowski, Jacek Bryndal, Piotr Wysocki, Andrzej Kraiński (Fot. Archiwum Andrzeja Kraińskiego)

Olbrzymi wpływ na „Kobrę”, jak i na losy całej Kobranocki, miał Grzegorz Ciechowski. To właśnie on zaraził Kraińskiego literaturą i nowofalową muzyką. To on poznał go z Ordynatem Michorowskim, wspomnianym już wcześniej autorem tekstów zespołu, wówczas psychiatrą, który pomógł „Kobrze” wykręcić się od wojska. - Miałem tysiąc głupich pomysłów na to, aby nie dać zamknąć się w koszarach. Łącznie ze wstrzyknięciem sobie żółtaczki - mówi. - Nagrany przez Ciechowskiego lekarz tylko na mnie spojrzał i od razu stwierdził „Podejrzewam depresję endogenną”. Do dziś nie wiem co to znaczy. Do wojska nie poszedłem.

W styczniu 1986 roku Ciechowski zawiózł cały zespół swoim maluchem na pierwszą sesję nagraniową do Bydgoszczy. - Jechaliśmy tym samochodem w pięciu. Do dziś nie wiem jak to było możliwe. I jeszcze trzymaliśmy jego nowe klawisze - Yamaha DX7. Grzegorz zagrał wówczas z Kobranocką całą sesję, o czym chyba nikt nie wie. Pierwsze surowe wersje „I nikomu nie wolno” i „Póki to nie zabronione” z jego udziałem puszczano nawet w Trójce. Wszystkie numery znalazły się później na naszej pierwszej płycie, ale jeszcze raz zostały nagrane. Wszystkie oprócz „Ameryki”. - Tylko ja mam ten kawałek wypalony na kompakcie - opowiada. - Jak to leciało?  „Jak ten diabeł w nas pierdolnie/ Będzie wreszcie po wojnie”.



Choć inne zespoły polskiego rocka rozpadały się, zawieszały działalność, Kobranocka wciąż bez przerw podąża rock’n’rollową ścieżką zapoczątkowaną 30 lat temu. „Kobra” poza nagraniem siedmiu studyjnych płyt z macierzystym zespołem udzielał się również w innych projektach. Jego gitarę można było usłyszeć m.in. Różach Europy, Atrakcyjnym Kazimierzu, Farben Lehre, General Electric, Butelce, The Svendsen Singers. Zaśpiewał alternatywną wersję „Mojej i Twojej nadziei” na debiutanckim albumie Heya, a w ostatnich latach zagościł też na płycie Yugopolis. Z okazji jubileuszu 6 września Kobranocka zagra z gośćmi koncert w hali widowiskowo-sportowej w Toruniu.

Z okazji swojego jubileuszu Kobranocka przygotowuje także specjalne 2-płytowe wydawnictwo, na którym oprócz zbioru najbardziej znanych przebojów, znajdzie się również pięć premierowych kompozycji. Co ciekawe po raz pierwszy jako autorzy tekstów zadebiutują w Kobranocce perkusista Piotr Wysocki oraz postać ukrywająca się pod pseudonimem Dr Bełt. Utworem promującym to wydawnictwo w radiu będzie "Jeżdżę na rezerwie", którą Kobranocka nagrał kiedyś z Januszem Panasewiczem przy mikrofonie w ramach projektu Cisi Mnisi. Po latach kompozycję nagrano ponownie z "Kobrą" na wokalu. Miałem już okazję posłuchać części tych nagrań. Brzmią świetnie. 

czwartek, 26 czerwca 2014

Andrzej "Kobra" Kraiński i "Kocham Cię jak Irlandię"

- "Irlandią" była jedną z dziesiątek naszych piosenek. Jedną z kilku ballad, które trafiły na nasze płyty. I nie ma pojęcia dlaczego akurat właśnie ona stała się tak bardzo popularna. Do dziś przez 90 proc.społeczeństwa Kobranocka kojarzona jest tylko i wyłącznie z tą piosenką - mówi ANDRZEJ "KOBRA" KRAIŃSKI, lider Kobranocki.

- Jakie były kulisy powstania piosenki "Kocham Cię jak Irlandię"?

- To było jeszcze w czasach kiedy współpraca z Ordynatem Michorowskim przebiegała w taki sposób, że zasypywaliśmy się nawzajem pomysłami. On mnie swoimi tekstami, a ja jego kasetami, na których śpiewałem po "norwesku". Obudziłem się pewnego dnia mając w domu kilogramy jego tekstów. Sam nie wiedziałem, który z nich jest fajniejszy i który do czego mam dołożyć. Zupełnie bezmyślnie chwyciłem za gitarę i zacząłem nucić tekst, który akurat leżał przede mną. I w ten oto dość trywialny sposób narodziła się piosenka, która okazała się przebojem 25-lecia.

- Jako typowo rock'n'rollowa grupa nigdy nie mieliście żadnych dylematów czy powinna trafić na płytę?

- Przy okazji pracy nad każdą płytą pojawiały się utwory, które gdy tylko wpadały nam do głowy, były nagrywane. Jeśli przy ich powstawaniu mieliśmy jakiekolwiek dylematy, to od razu lądowały na muzycznym cmentarzu. "Irlandią" była jedną z dziesiątek naszych piosenek. Jedną z kilku ballad, które trafiły na płyty. I nie ma pojęcia dlaczego akurat właśnie ona stała się tak bardzo popularna. Do dziś przez 90 proc.społeczeństwa Kobranocka kojarzona jest tylko i wyłącznie z tą piosenką.

- Nie żałujesz, że na fali jej popularności w pierwszej połowie lat 90. nie przenieśliście się z Torunia do Warszawy?

- Nie, nigdy. Choć nie ukrywam, że mieliśmy takie propozycje. Osobiście za bardzo kocham Toruń, aby się stąd wyprowadzać. Każdy wyjazd od Warszawy jest dla mnie męczarnią. Bardzo lubię ją jako stolicę, ale nie aby w niej zamieszkać. Oczywiście zdaję sobie sprawę z kontaktów, które moglibyśmy pozyskać. Powiem nawet inaczej, w pewnym momencie to było niemal naszym obowiązkiem, aby się tam przenieść. Klasycznym przykładem twórcy, który zdecydował się na taką przeprowadzkę był zresztą Grzegorz Ciechowski. Łatwiej tam rozkręcić karierę bywając na salonach. Jednak mnie takie bywanie kompletnie nie interesuje. Podobnie jak wchodzenie przy tej okazji różnym osobom w tylne części ciała. Kocham Toruń. I tyle.

- Wielokrotnie opowiadałaś jak olbrzymi wpływ na zespół i na Ciebie miał Grzegorz Ciechowski. Teraz Wasza katarzynka zagościła w tej samej Alei Gwiazd przed Dworem Artusa co katarzynka Republiki.

Republika była zespołem, który najbardziej zasłużył sobie, aby się w takiej Alei Gwiazd znaleźć. O swoich wątpliwościach dotyczących niektórych laureatów, którzy również się w niej znaleźli nie będę mówił. Cieszę się, że my dostaliśmy tę nagrodę jeszcze za życia, a nie pośmiertnie. Tyn bardziej, że nasz związek z Toruniem był zawsze niezwykle mocny.


wtorek, 24 czerwca 2014

Toruńskie Gwiazdy 2014

Tomasz Organek (Fot. T. Bielicki)
Mimo deszczu. Mimo dość niskiej frekwencji. Pod względem artystycznym to była jedna z najlepszych edycji Toruńskich Gwiazd. Najpierw Tomasz Organek ze swoim zespołem pokazał, że gitarowe riffowe granie wciąż ma się dobrze (a w przypadku jego zespołu nawet bardzo dobrze); a później w zupełnie inne rejony porwała torunian grupa Sorry Boys. Niezwykle klimatyczne to było podane. Dobry koncert. A w zasadzie dwa. Kto nie był może żałować. 

Organek, o którym pisałem już TUTAJ i TUTAJ zgarnął dwie nagrody. Za Płytę Roku oraz dla Nadziei Roku. Z powodzeniem mógłby jeszcze sięgnąć po trzecią za Wykonawcę Roku, ale internauci w tym przypadku wskazali grupę Absurd. Trudno. Hitem minionego 25-lecia wybrano „Kocham Cię jak Irlandię” Kobranocki, która dwa dni później odsłoniła swoją katarzynkę w Piernikowej Alei Gwiazd przed Dworem Artusa. Przyznam się, że żadna z tych wszystkich katarzynek nie uradował mojej gęby tak bardzo jak ta.

Tego samego dnia ekipa Andrzeja "Kobry" Kraińskiego pokazała torunianom co znaczy prawdziwy rock'n'nroll. Był ogień. 

Na katarzynkę, którą wyróżniono Kobranockę czekałem od dłuższego czasu. Gdyby to ode mnie zależało, to ekipa „Kobry”  dostałaby ją już dawno. Tuż po Republice. Należało im się. Abstrahując od jej wkładu w historię rocka, mam do niej szczególny stosunek. W liceum nagrania Kobranocki przemycałem na każdą szkolną dyskotekę. Przy jego piosenkach podrywałem dziewczyny. Regularnie - zresztą wspólnie z moim ojcem - od kilkunastu lat uczestniczę w każdym koncercie, który zespół gra w swoim rodzinnym mieście. To esencja rock’n’rolla ze znakiem jakości Torunia. Poza tym każdy kto zna choć trochę bliżej „Kobrę” wie, że ten gość od lat działa bezkompromisowo i szczerze. I za to go ogromnie cenię.

piątek, 13 grudnia 2013

Andrzej "Kobra" Kraiński: Ciechowski, Nowo-Mowa i Kobranocka

- Republika nie robiła skandali jak Lady Pank czy Oddział Zamknięty. Ale nie byli spokojną załogą. Pierwszego prawdziwego jointa wypaliłem właśnie z Grzegorzem w „Od Nowie” - ANDRZEJ „KOBRA” KRAIŃSKI opowiada o swojej przyjaźni z Ciechowskim i jego wpływie na Kobranockę.

Grzegorz Ciechowski (Fot.??)
Jak dowiedziałeś się o jego śmierci?

Jechałem w niedzielę na obiad do teściowej i zadzwonił do mnie Wysol (Piotr Wysocki z Kobranocki - przyp red.). Pół godziny później zaczęli dzwonić dziennikarze. Za dwie kolejne godziny byłem już na żywo w TVN24. Podobno cały czas miałem spuszczono głowę. Nie ukrywam, że trudno było mi wtedy opanować wzruszenie. I wówczas od prowadzącego rozmowę dziennikarza padło pytanie, które mnie załamało: „Czy uważasz, że zabiła go muzyka?”. Ręce mi opadły. Beznadzieja.

Jego odejście musiało Tobą mocno wstrząsnąć?

Mocno. Tym bardziej, że nikt nie spodziewał się jego śmierci. I tym bardziej, że mieliśmy z Grzegorzem jedną rzecz do wyjaśnienia, czego nie zdążyliśmy zrobić, gdy jeszcze żył. Gdy w 1986 roku rozpoczęła się kariera Kobranocki przy okazji wywiadu dla Rozgłośni Harcerskiej zapytano mnie o teksty i związki z  Ciechowskim i Republiką. Stwierdziłem wówczas, że Grzegorz pisze w taki sposób, że nie wykłada od razu kawę na ławę, tylko trzeba się nad jego twórczością trochę zastanowić. To, co powiedziałem dotarło do niego w formie plotki, że niby go krytykowałem. Mocno się wkurzył.

Od 1986 do 2001 roku, gdy umarł, to kawał czasu. Mogliście sobie tę sprawę wyjaśnić.

Tak, ale za każdym razem, gdy spotykaliśmy się albo unikaliśmy tego tematu, albo byliśmy zbyt pijani, aby to wyprostować. Zadzwonił do mnie przed 20-leciem Republiki, gdy mieli w Toruniu zagrać słynny koncert w fosie zamkowej. Mówił, że trzeba wreszcie wyprostować te bzdury. Niestety. W dniu koncertu wróciłem do domu tak skonany, że pomimo iż mieszkałem kilka ulic dalej, na ten koncert nie poszedłem. I nie wybaczę sobie tego nigdy. Pół roku później już nie żył.

To on zaraził Cię literaturą i nowofalową muzyką?

George Orwell, Kurt Vonnegut.... A z drugiej strony Stranglers, XTC, Nina Hagen, Patti Smith... Puszczał mi muzykę, która mnie powaliła. Zafascynowałem się jego osobą i transformacją Res Publiki w Republikę. Nie wszystkim to się podobało. Koledzy z Fragmentów Nietoperza stwierdzili, że za bardzo wchodzę Ciechowskiemu w d... i wyrzucili mnie z zespołu. To był 1982 rok. Wtedy Grzegorz wymyślił nazwę dla mojej nowej kapeli: Nowo-Mowa.




Jaki miał wpływ na repertuar, który w niej stworzyliście?

Sam podsunął mi swoje teksty. Część z nich była znana jeszcze z repertuaru Res Publiki. Był wśród m.in. taki numer „Smutna rzecz”. Później teksty pisali też inni.

W 1983 roku ruszyliście w wspólna trasę z Republiką, która była wówczas u szczytu popularności. Koncerty na stadionach, w ogromnych halach...

....którym towarzyszył wrzask przypominający histerię na koncertach The Beatles. Tłum cały czas skandował Re-pu-blika. Działo się.

Bywałeś u  niego na imprezach, gdy jeszcze mieszkał przy ul. Popiela?

Pewnie. Mieszkał w jednym pokoju u teściów. Na parterze. Żeby nie wiedzieli, że przyjmuje gości wchodziło się przez okno. Imprezki odchodziły tam konkretne. Gdy w 1982 roku „Kombinat” zajął w Trójce 1. miejsce na liście przebojów świętowaliśmy u niego w trójkę. Ja, Grzegorz i jego żona - Jola. Pamiętam jak wtedy przy wejściu zajrzał mi do siatki i powiedział: „O, rum Negrita. O! Jest i drugi”. To właśnie tam słuchaliśmy jego nowych kompozycji. Każdy nowy numer odtwarzał wielokrotnie na magnetofonie. Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz.

Był otwarty na krytykę?

Oj, trzeba było uważać. Był nieprawdopodobnym cholerykiem. Na próbach potrafił grzmotnąć ręką w klawisze i ustawić pozostałych członków Republiki po kątach. Rządził. Kiedyś siedząc u niego w domu poinformowałem go, że Sławek Ciesielski zaczął grać w Kobranocce. Wiesz jak zareagował? Powiedział „Sławek nie gra z wami”. A ja do niego: „No przecież ci mówię, że gra”. I wtedy do mnie dotarło, że on już definitywnie określił jak jest.

Imprezował?

Republika nie robiła skandali jak Lady Pank czy Oddział Zamknięty. Ale nie byli spokojną załogą. Pierwszego prawdziwego jointa wypaliłem właśnie z Grzegorzem w „Od Nowie”. W biurze Waldka Rudzieckiego palił Ciechowski oraz dziennikarze. „Eeee, ujarany jesteś” - powiedział. Wtedy do mnie dotarło, że w końcu wiem, jakie to jest uczucie. Nie wiem czy o tym gadać.

To Ciechowski poznał Cię z Ordynatem Michorowskim, nadwornym tekściarzem Kobranocki, dzięki któremu uniknąłeś wojska?

Tak. Miałem tysiąc głupich pomysłów na to, co zrobić, aby się od tego wojska wywinąć. Trzy dni przed moim wyjazdem do Morąga, gdzie miałem zostać wcielony do jednostki moździerzy, zadzwonił Grzegorz. Mieszkał już wówczas na Rubinkowie. Pokierował mnie do pracującego w psychiatryku Andrzeja Michorzewskiego, przez którego sam próbował się wcześniej wykręcić od armii. Michorzewski spojrzał na mnie i stwierdził „Podejrzewam depresję endogenną”. Do wojska nie poszedłem.

Nowo-Mowa. Na pierwszym planie Andrzej "Kobra" Kraiński

Jaki był jeszcze wpływ Ciechowskiego na Kobranockę?

Zawiózł nas swoim maluchem na pierwszą sesję nagraniową do Bydgoszczy. Jechaliśmy tym samochodem w pięciu. Do dziś nie wiem jak to było możliwe. I jeszcze trzymaliśmy jego nowe klawisze - Yamaha DX7. Grzegorz zagrał wówczas z Kobranocką całą sesję, o czym chyba nikt nie wie. Pierwsze surowe wersje „I nikomu nie wolno” i „Póki to nie zabronione” z jego udziałem puszczano w Trójce. Ostatecznie materiał na płytę nagraliśmy później jeszcze raz. Bez niego. Załatwił nam jeszcze występ w Jarocinie w 1986 roku. Później miał miejsce ten wspomniany wywiad dla Rozgłośni Harcerskiej. I posypało się.

Ale spotykaliście się nadal?

Tak, ale sporadycznie. W 1987 roku imprezowaliśmy u niego w domu. Podobnie w 1990 roku, gdy reaktywowano Republikę. Teraz w Opolu i w Sopocie nie wyczujesz od nikogo alkoholu. A kiedyś to, co działo się na scenie, było tylko przykrywka balangi, która rozgrywała się na tyłach. Poważnie! Oglądam nagrania z Opola z 1990 roku i widzę, że wszyscy na scenie byli pijani. A po koncercie Ciechowski wynajął jeszcze klub w Opolu, gdzie imprezowaliśmy do rana.

piątek, 1 lutego 2013

Kobranocka w filmie "Kocham Cię jak Irlandię"


- Dwójka głównych bohaterów nigdy wcześniej nie znała się z Kobranocką. Do konfrontacji doszło dopiero przed kamerą - opowiada Aleksander Dembski, reżyser komedii dokumentalnej „Kocham Cię jak Irlandię”.

Jacek Moczadło i Andrzej "Kobra" Kraiński na planie filmu

Komedia dokumentalna, czyli co? Czego należy spodziewać się na ekranie? 

Smutno-śmiesznej komedii w czeskim stylu. To podobne kino do „Basi z Podlasia” (najlepszy film w Konkursie Filmów Krótkometrażowych festiwalu "Nowe Horyzonty" 2012), mojego poprzedniego obrazu. Dokument powstał dla redakcji TVP1. Opowiada prawdziwą historię dwóch dobiegających 60-tki facetów, którzy postanawiają zrobić karierę na rynku muzycznym. Nie sami, ale wspólnie z prawdziwą kapelą rockową. Dzięki temu w filmie uzyskaliśmy zbitkę dwóch zupełnie nieprzystających do siebie światów. 

Skąd pomysł, aby do współpracy zaprosić właśnie muzyków z Kobranocki? 

Podczas festiwalu „Nowe Horyzonty”, gdzie pokazywałem „Basię z Podlasia” spotkałem Rafała Bryndala. Później gdy szukałem kapeli, która mogłaby pojawić się w nowym filmie za jego sprawą trafiłem do Kobranocki. Muzyka zespołu będzie zresztą obecna na ekranie. I to nie tylko Kobranocki. W filmie pojawią się również polskie utwory śpiewane wcześniej przez Seweryna Krajewskiego, Andrzeja Rybińskiego, Piotra Szczepanika, które zespół będzie wykonywał wspólnie z naszymi bohaterami. 

Para głównych bohaterów "Kocham Cię jak Irlandię"

Trudno mi to sobie trochę wyobrazić.... 

I o to chodzi. Zależało nam, aby było nieco odjazdowo. Kobranocka jest kapelą, która idealnie wpasowała się w absurdalny charakter filmu. Świetnie mi się z chłopakami pracowało. Emocjonalnie to było dość trudne przedsięwzięcie. Ta zbitka dwóch różnych światów. Zupełnie nie widzieliśmy jak to się może wszystko skończyć. 

Film powstał na zamówienie Redakcji Dokumentalnej TVP 1. Kiedy będzie go można obejrzeć? 

Data emisji nie jest jeszcze znana, ale myślę, że powinno to być jeszcze w pierwszej połowie tego roku. Całość potrwa około 50 minut. Warto wspomnieć, że poza Kobranocką w filmie pojawi się również m.in. wspomniany Rafał Bryndal, a także Bogdan Łazuka. 

Kobra, Szybki Kazik i reżyser Aleksander Dembski

Zagrali samych siebie?

Każda z tych postaci jest w tym filmie sobą. Nic tu nie zostało wykreowane i na tym polega cały pomysł. Bohaterowie dokumentu zostali po prostu postawieni przed kamera w sytuacjach innych niż te, w których bywali do tej pory. Nie ma tu kreacji, jedynie prowokacja pewnych sytuacji. Dwójka głównych bohaterów nigdy wcześniej nie znała się z Kobranocką. Do konfrontacji doszło dopiero przed kamerą. Efekt będzie można obejrzeć  w telewizji. 


*O początkach Kobranocki można przeczytać TUTAJ

środa, 31 października 2012

Z archiwum: Andrzej "Kobra" Kraiński o "SPOX!"

Kobranocka "SPOX!"
Lider Kobranocki - Andrzej „Kobra” Kraiński - opowiada o piosenkach z płyty „SPOX” (2010).

„Żyrandole”

Powstały w ciągu 5 minut na próbie. Wziąłem do ręki gitarę i po chwili mieliśmy już gotowy numer. W taki sposób narodziła się połowa płyty. Utwór opowiada o drobnomieszczaństwie, przywiązaniu do pierdół, tytułowych żyrandoli, kosztownych dywanów itp. Jego pełna nazwa brzmi „Żyrandole, które pierdolę”.

„Intymne życie mrówek”

Wybraliśmy go na singla pilotującego całe wydawnictwo. Powstał, kiedy kupiłem sobie taką samą gitarą, jaką ma gitarzysta The Cult. Skoro już ją miałem, to pomyślałem, że można zrobić coś w ich stylu. Trzy funkcje i mieliśmy gotowy utwór. Tekst opowiada o szarej egzystencji przeciętnego człowieka, którym w tym przypadku jest kierownik sklepu warzywnego. Przychodzi do roboty, sprzedaje, idzie spać do domu... Utwór był najwyżej notowaną nowością w Trójce. Nakręciliśmy do niego teledysk, w którym zagrał Bartek Topa.

„Wszystko to moment”

Ten utwór powstawał najdłużej. Składa się z kilku dość skomplikowanych riffów. Sporo się napracowaliśmy, aby je połączyć w całość. A jak już udało się powiązać muzykę, to przez prawie rok nie mogłem wymyślić żadnego wokalu. Z pomocą przyszedł mi Szybki Kazik, który zarejestrował piosenkę w studio. Ostatecznie stanęło na tym, że to ja ją zaśpiewałem.

„Samotność pośród gwiazd”

Piosenka pojawia się na płycie w dwóch wersjach. Normalnej i jako bonus, który będzie sporym zaskoczeniem. Śpiewa w niej Kazik. Magier, który to zmiksował, na co dzień zajmuje się hip-hopem. Jak usłyszeliśmy co z nią zrobił, to kopary nam opadły. Główny riff kojarzył nam się z Dżemem i tak też nazywaliśmy go na próbach.

„Ta noc zbyt pusta”

Od kilku płyt pojawia się u nas wiele piosenek o miłości. Ta jest jedną z nich. Niebanalnie napisana, powstała jako pierwsza z nowego materiału. Jako „Telefon” gramy ją już od 3 lat na koncertach. Do utworu także powstał teledysk, który nakręciliśmy częściowo w pustych wnętrzach CSW, jeszcze zanim ta placówka zaczęła funkcjonować.

„Gówno cudem”

Mieliśmy mnóstwo wolnych piosenek i już nam się wydawało, że powstanie z nich jakaś mega spokojna płyta. Nagle dostałem ten tekst i wszystko się zmieniło. Od tego momentu zaczęliśmy robić szybsze numery. Utwór nie zagości na pewno w żadnym radiu. Oprócz płyty umieścimy go jeszcze z trzema żywszymi kompozycjami na specjalnym analogowym singlu wydanym przez pub „Pamela”.

Tekst ukazał się 11 sierpnia 2010 roku w "Nowościach".

środa, 13 czerwca 2012

Piotr Wysocki: Dwa burzliwe lata w T.Love

- Impreza po koncercie T. Love była zawsze. Ale oni zaczynali już imprezować nim jeszcze wyjechali w trasę. W związku z tym bywało, że podczas koncertu dwóch lub trzech członków w ogóle nie grało - mówi Piotr Wysocki, perkusistą Kobranocki i T.Love Alternative, który odebrał kilka dni temu Platynową Płytę za album „Love, Love, Love - The Very BesT.Love”.

Do T.Love trafiłeś w 1987 roku. Jak do tego doszło? 

Skomplikowana historia. W tym samym czasie dostałem bowiem dwie niezależne od siebie propozycje, aby zagrać w T.Love. Grałem w Częstochowie z Janem Błędowskim z grupy Krzak. Tak poznałem Jacka „Konia” Śliwczyńskiego, który grał na basie w T.Love. Zaproponował mi, abym dołączył do ich zespołu. Tego samego dnia poszliśmy na częstochowski koncert Kobranocki, która była na wspólnej trasie z grupą Fotoness. Pamiętam do dziś, że Jarek Szlagowski (Lady Pank, Oddział Zamknięty - przyp red.) krzyknął do mnie z balkonu: „Piotras! A byś nie mógł za mnie nagrać koncertową płytę z T.Love, bo ja gram w tym czasie z Fotoness w Sopocie?”. Odpowiedziałem „Mógłbym, bo właśnie „Koniu” mi to zaproponował!”. I tak to się zaczęło. Dokładnie dwa miesiące później przyszedł do mnie Andrzej „Kobra” Kraiński proponując dołączenie do Kobranocki. Grałem więc w T.Love i Kobranocce równocześnie. 

Piotr Wysocki z Platynową Płytą (Fot. Jacek Smarz)
W T.Love spędziłeś dwa lata. Jak wspominasz ten okres? 

Burzliwie (śmiech). W tym czasie T.Love Alternative chciało zostać mistrzem świata w imprezowaniu, a ja chciałem zostać mistrzem świata w grze na bębnach. To owocowało tym, że gdy byliśmy w restauracji, to ja siedziałem przy jednym stoliku, a oni przy drugim. 

Trochę to smutne... 

Wszystko można powiedzieć o tym okresie, ale nie to, że było smutno. Impreza po koncercie T. Love była zawsze. Ale oni zaczynali już imprezować nim jeszcze wyjechali w trasę. W związku z tym bywało, że podczas koncertu dwóch lub trzech członków w ogóle nie grało. Zdarzało się też, że basista siedział na krześle, a pozostali próbowali go obudzić, krzycząc: „Ty, obudź się! Gramy, ludzie już są....!”. I tak to czasami wyglądało.  

Nagrałeś z nimi dwie pierwsze płyty - koncertowy album „Miejscowi - live” oraz „Wychowanie”...

Tak. Pierwszy z tych krążków nagraliśmy w 1987 roku zaledwie po czterech popołudniach prób w „Rivierze Remont”. Później przyszedł czas album studyjny. 

W 1989 roku opuściłeś jednak szeregi T.Love, a Muniek Staszczyk wyjechał pracować do Anglii, gdzie napisał słynną „Warszawę”. 

W Kobranocce była wspólna impreza, ale jednocześnie powstawały nowe piosenki. Do dziś każdy zna w tym zespole swoje miejsce i wie za co odpowiada. W T.Love dochodziło czasem do niesnasek. Muniek zmęczył się tą sytuacją. Kilka razy w historii swojego zespołu zawieszał zresztą jego działalność, aby później wskrzesić go w nowym składzie. Ostatecznie rzeczywiście wyjechał do Anglii. Ale jeszcze przed tym, nagrałem „Kwiaty na żywopłocie” z Kobranocką i sam zdecydowałem się też wyjechać, ale do Niemiec. 

Ostatecznie jednak wróciłeś. 

Tak. W Kobranocce chłopaki przez dłuższy czas nie znaleźli nikogo na moje miejsca. Dodatkowo pochodząca z płyty piosenka „Kocham się jak Irlandię” okazało się mega przebojem. Pojawiło się więc mnóstwo propozycji koncertów. Zacząłem coraz częściej przyjeżdżać do Torunia, aż w końcu tu zostałem. 

Twój 11-letni syn, Zbyszek, też złapał perkusyjnego bakcyla? 

Gra czasami nie tylko na perkusji, ale i na gitarze. Lubi też pójść ze mną do sali prób. Nie popycham go jednak tym kierunku, ani mu nie odradzam. Może powinienem go uczyć od małego, ale czy ja wiem czy perkusista to jest najlepszy zawód na świecie? Myślę, że nie. Ja gdy już dorwałem się do bębnów to dostałem amoku i mam go do dzisiaj. Przysłoniły mi cały świat. 

Po ile godzin ćwiczyłeś? 

Dziesięć, czternaście a czasem tylko osiem dziennie. Moim ulubionym pałkerem od pierwszych sekund, gdy tylko go usłyszałem, stał się John Bonham z Led Zeppelin. Wzorowałem się na nim ze słuchu. Nie było wtedy przecież żadnych klipów, filmów... Odsłuchiwałem więc po raz kolejny 700 razy przegraną kasetę. Szaleństwo. Kolega miał plakat Zeppelinów, na którym było widać tylko prawą rękę Bonhama. Studiowałem miesiącami jak trzymał w niej perkusyjną pałkę. 

Co zrobisz z tą platynową płytą? 

Powiesiłem ją już w pokoju na ścianie. I to tak mocno, że miałem problem, aby ją zdjąć (śmiech). 

sobota, 17 marca 2012

Z archiwum: Martyna Jakubowicz - Nie gram dla intelektualnej elity

- Nie znoszę krytyków muzycznych, ponieważ ich ogląd sprawy jest zupełnie inny od publiczności. Nie można cały czas wartościować sztuki - mówi Martyna Jakubowicz.

Fot.  www.martynajakubowicz.com

- Jak dotrzeć do wymagających odbiorców ?

- Nie wiem. Na moje koncerty przychodzi sporo osób. Czy to, że przychodzą posłuchać mnie zamiast włączyć radio lub telewizję oznacza, że są mniej wymagający? Nie odważyłabym się tego tak nazwać. Nigdy nie grałam i nie gram dla intelektualnej elity.

- A więc dla kogo gra Martyna Jakubowicz?

- Różnie. Czasami dla całych pokoleń. Na koncert przychodzi babcia, dziadek, wnuczek… Rozpiętość wieku jest szeroka. Czas płynie i wszystko się zmienia. Za komuny publika była bardziej agresywna. Graliśmy koncert rockowe, na które ludzie przychodzili się wyżyć. Nie przywiązywali wtedy tak bardzo uwagi do tekstów. Chyba, że to była poezja śpiewana lub piosenka studencka. Nastawiali się na łomot. Miało być głośno i gitarowo.

- I tak właśnie było na Pani koncertach?

- Kiedyś tak. Teraz gram spokojne ballady. Ludzie zaczęli sobie wybierać pewne rzeczy, które im odpowiadają. Wystarczy przyjrzeć się klubom i knajpom. W każdej gra się coś innego.

- W jednym z wywiadów wspominała Pani, że będzie nagrywać tylko proste piosenki, bo tego przede wszystkim oczekują słuchacze. 

- Jest kolosalna różnica między prostactwem a prostotą. Sytuację gdy śpiewa się do ludzie coś, która jest zrozumiałe uważam za sukces.

Martyna Jakubowicz podczas koncertu w pubie Pamela


- W tej prostocie nie można jednak poszukiwać nowych ścieżek?

- Ale po co? Nie gram free jazzu, aby wydobywać z instrumentów dźwięków dla samego grania. Człowiek słucha muzyki sercem, a nie głową. Nie znoszę krytyków muzycznych, ponieważ ich ogląd sprawy jest zupełnie inny od publiczności. Nie można cały czas wartościować sztuki.

- To jak w takim razie wskazać czy coś jest dobre czy złe?

- To nie jest mój problem. Ja się tym nie zajmuję. Idę na koncert i albo mnie coś tam chwyta za serce, albo nie. To jest bardzo proste.

- I to jest ten klucz?

- W moim pojęciu tak. Nie słucham, nie oglądam i nie zajmuje się rzeczami, które mnie nie łapią za serce. Tym kierują się również wszyscy, którzy chodzą na moje koncerty. Tutaj nie ma żadnych popisówek, przebieranek, niezrozumiałych tekstów… Moja publiczność doskonale wie o co chodzi.

- A może przychodzą jedynie z sentymentu, aby po raz tysięczny posłuchać, że „w domach z betonu nie ma wolnej miłości”? 

- Gdy mi się bardzo nie chce, to nie gram tego utworu.

- Zamieniłaby Pani scenę na coś innego? 

- Na co? Mieszkam na wsi. Wyjeżdżam stamtąd jedynie na koncerty. W ten sposób uporządkowałam sobie rzeczywistość. Scena nie jest już moim domem. To na wsi piszę swoje piosenki. I nie ukrywam, że nie są to optymistyczne utwory

- Jak to współgra z tym sielankowym trybem życia na wsi?

- Generalnie mój stosunek do rzeczywistości jest mało optymistyczny. Nie zawracam sobie tym jednak głowy 24 godziny na dobę. Nigdy nie mam ciśnienia na płytę. Powstaje wówczas, gdy uznam, że już najwyższy czas ją zarejestrować. Młodsi artyści mają straszne ciśnienie, aby gdy tylko coś napiszą od razu to nagrać. Ja mam już swoje lata i zupełnie inne podejście.

- Toruńscy fani rocka nie wybaczyliby mi, gdybym nie zapytał o Kobranockę. Pani głos można usłyszeć na ich płycie „Niech popłyną łzy”. Pamięta Pani okoliczności jej nagrywania?

- To był zupełny przypadek. Przez długi czas nie wiedziałam zupełnie, że ostatecznie udało się to w końcu wydać na płycie. W okresie kiedy zajmowałam się zespołem Illusion w sąsiednim studio nagrywała Kobranocka. Kobra wpadł na pomysł, że powinnam zaśpiewać u nich w chórkach. Szybko poszło.

* Wywiad przeprowadzono w 2007 roku.  

sobota, 3 grudnia 2011

Kobra na "Yugopolis"

O tym, że w związku z kontynuacją Yugopolis Grzegorz Brzozowicz zaprosił do współpracy Atrakcyjnego Kazimierza oraz Andrzeja "Kobrę" Kraińskiego pisałem już na blogu. Utwór tego pierwszego pt. "Morze śródziemne" trafił na "Yugopolis 2". Kawałek zaśpiewany przez Kobrę - "Byłaś moja" wzbogaci reedycję albumu "Yugopolis", który ukaże się 6 grudnia tego roku. 



Oryginał piosenki grupy Idoli można posłuchać tutaj.

wtorek, 13 września 2011

Stainless: Starsi bufoni dwaj

Stainless. Surfując po YouTubie trafiłem przypadkiem na ich największy przebój. 18 lat temu piosenka szalała w toruńskich rozgłośniach. Materiał nigdy nie ukazał się na płycie CD. Wyszedł jedynie na kasecie. Szkoda. W Stainless grał jeden z ciekawszych toruńskich gitarzystów.


Poniżej roboczy fragment rozdziału z mojej książki o toruńskim rocku.:
"(…) Krzysztof Janiszewski w sklepie muzycznym „Kram” przy ul. Mostowej natrafił na ogłoszenie zespołu, który poszukiwał wokalisty. Postanowił spróbować. Grupa nazywała się Smirnoff. Jej członkowie spotykali się na strychu Wojewódzkiego Ośrodka Animacji Kultury. Przed pojawieniem się w zespole Janiszewskiego funkcję wokalisty pełnił Leszek Kraśnicki. Jego koledzy ze Smirnoffa stwierdzili jednak, że lepiej będzie poszukać kogoś innego. Napisali więc ogłoszenie i powiesili je w „Kramie”. (…) -
- Przygotowałem sobie trzy utwory i zaśpiewałem. Andrzej Tyloch, który był liderem zespołu stwierdził, że jestem dość kontrowersyjnym wokalistą. I śpiewam za wysoko. Nie mieli jednak nikogo innego, więc zostałem – wspomina Janiszewski. 
Smirnoff grał typowy heavy metal spod znaku Iron Maiden i TSA. Pojawiły się jednak drobne problemy z nazwą. Andrzej „Bruner” Gulczyński, który się opiekował muzykami stwierdził, że Smirnoff za bardzo kojarzy się z wódką. Poza tym był jeszcze jeden zespół o takiej nazwie. Grał thrash i pochodził z Ciechanowa. To tylko przyspieszyło ich decyzję o zmianie. „Bruner” wymyślił Stainless. I tak już zostało. Krótko później z zespołu odszedł Leszek Krasiński. 
W 1991 roku Stainless tworzyli: Krzysztof Janiszewski – śpiew, Andrzej Tyloch – gitara, Sławomir Kosiński – gitara, Maciej Jackowski – bas, Piotr Wituszyński – perkusja. W takim składzie w 1992 roku zespół zdobył II miejsce na Festiwalu w Węgorzewie (tuż za grupą Sweet Nosie). Otrzymali wówczas nagrodę od Radia Olsztyn w postaci sesji nagraniowej, co otworzyło im możliwość nagrania płyty. 
Tuż po występie w Węgorzewie, Sławek Wierzcholski zaproponował Maciejowi Jackowskiemu granie w Nocnej Zmianie Bluesa. Po jego odejściu – basistą Stainless został Jarosław Szajerski. 
Sesja nagraniowa odbyła się w dwóch częściach. Pierwsza - listopad 1992 roku, druga - styczeń 1993 roku. Kontrakt udało się podpisać dzięki pomocy Sławka Wierzcholskiego. Wkrótce na rynku ukazała się kaseta magnetofonowa zatytułowana tak jak zespół - „Stainless”. Trzy miesiące po kasecie miała ukazać się płyta, ale nigdy do tego nie doszło. Firma „Bass Records”, z którą zespół podpisał kontrakt przestała istnieć. 
Największymi przebojami z ich debiutanckiego materiału stali „Starsi bufoni dwaj” oraz „Śmiech i łzy”. Wszystkie teksty na debiucie napisał Krzysztof Janiszewski. 
Zespół nie zrażony brakiem płyty zaczął tworzyć nowy materiał. Całość ewoluowała w stronę klimatów spod znaku Rage Against The Machine. Stainlees dotarł do półfinału festiwalu Marlboro Rock In 1995. Zagrał koncert w warszawskiej Stodole z Tiltem. Materiał o grupie ukazał się w Tylko Rocku. Coś jednak wisiało w powietrzu. Nie było kolejnej płyty i nieubłaganie zespół zaczynał się wypalać. 
Część grupy muzycznie ciągnęła w stronę coraz bardziej zakręconych rzeczy. Motorem takich psychodelicznych klimatów był basista Jarosław Szajerski. Niestety dotychczasowy lider - Andrzej Tyloch - nie podzielał tego pomysłu. W kwietniu 1996 roku po wielkiej kłótni zapakował swoją gitarę do futerału i wyszedł z sali prób. 
- Granie w zespole to wieczna walka. Walka nie tylko w zespole, ale ze światem zewnętrznym. Denerwują się organizatorzy koncertów, którzy nie są w stosunku do ciebie fair. Denerwują cię wydawcy. Do tego ludzie w zespole, każdy z nich ma inną wizję – mówi Janiszewski. - Andrzej stwierdził, że skoro nie pasuje do nas to odchodzi. Jest bardzo dobrym gitarzystą. Wychował się na Gary Moorze i potrafił grać sercem. Kiedyś Kobra proponował mu współpracę, ale on chciał grać swoje rzeczy. 
W chwili gdy Andrzej Tyloch zamknął drzwi narodził się Doktor C."

środa, 8 czerwca 2011

Republika 2011

10. rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego oraz 30-lecie powstania jego zespołu. Ten rok w polskiej muzyce należy do fanów Republiki.

O liderze najsłynniejszego toruńskiego zespołu napisano już kilka książek i prac magisterskich. Rozkładano jego twórczość na atomy. Analizowano na różne sposoby. I wciąż tego mało. Wciąż nie przestaje fascynować kolejne pokolenia odbiorców i muzyków. Tak naprawdę trwałe miejsce w panteonie polskich gwiazd zapewnił sobie nie tylko takimi przebojami jak „Biała flaga”, „Sexy doll”, czy „Telefony”, ale przede wszystkim konsekwencją i kreatywnością, dzięki której przecierał nowe muzyczne ścieżki.
Zaczęło się od Kasi Kowalskiej, która pod koniec ubiegłego roku wydała płytę z piosenkami Grzegorza Ciechowskiego l- w hołdzie autorowi „Nie pytaj mnie”. Album „Moja krew” zdobył różne recenzje. Z klimatów Republiki i jej myślenia o muzyce nie zostało na nim zbyt wiele. Zabrakło tego niespokojnego dreszczu, który towarzyszy słuchaniu każdego Republikańskiego wydawnictwa. Czy tak samo będzie i w tym roku przy okazji wydania najnowszego projektu toruńskiego zespołu Half Light?
Republika
To już drugi rocznicowy album, który ukaże się na rynku. Na datę premiery wybrano dzień urodzin Grzegorza Ciechowskiego, czyli 29 sierpnia. Płyta nosi tytuł „Nowe orientacje” i będzie zawierała nowe, podane w elektronicznych aranżach, wersje piosenek z debiutanckiego albumu Republiki „Nowe sytuacje” z 1983 roku. Zwiastun tego albumu jest już dostępny na YouTube, a więc można zaspokoić pierwszą ciekawość.
Czego jeszcze możemy spodziewać w jubileuszowym roku? - Są plany, aby pokazać koncerty Republiki dobrze zrealizowane pod względem dźwięku i obrazu – uchylił rąbka tajemnicy Jerzy Tolak, menadżer zespołu. - Na DVD, które planujemy wydać, oprócz koncertu Republiki znajdzie się również dokument o Grzegorzu nagrywany dla TVP. Nie jest to tylko moja inicjatywa.
Dziś już wiadomo, że w tym szczególnym 2011 roku Republika po raz kolejny zdecydowała się reaktywować na jeden koncert. 5 sierpnia w ramach XVII Przystanku Woodstock trójka muzyków: Zbigniew Krzywański, Leszek Biolik oraz Sławomir Ciesielski jeszcze raz spotkają się razem, aby zagrać swoje niezapomniane przeboje. Przy mikrofonie będą ich wspierać m.in. Tomek „Lipa” Lipnicki, Andrzej „Kobra” Kraiński, Titus z Acid Drinkers, Ania Dąbrowska oraz Maciej Silski.
Co jeszcze? Szczegóły jeszcze nie są znane, ale można mieć pewność, że dwie tegoroczne rocznice będą miały spory wpływ na tegoroczny toruński koncert pamięci lidera Republiki w „Od Nowie”. O tym, jakie atrakcje przygotowały z tej okazji władze miasta, przekonamy się dopiero w grudniu. 

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Andrzej "Kobra" Kraiński: Ćwierć wieku z Kobranocką

Andrzej "Kobra" Kraiński, lider Kobranocki opowiada o swoich początkach na muzycznej scenie.

- Podobno z Szybkim Kazikiem, który gra w Kobranocce na basie znacie się już od I klasy szkoły podstawowej?

- Poznaliśmy się 1 września 1971 roku na boisku Szkoły Podstawowej nr 7. Chodziliśmy razem do klasy z roczna przerwą, kiedy to pojechałem do rodziny w Kanadzie. Kazik jest zresztą jedyną osobą, która dostała przy mnie dwa razy wstrząsu mózgu.

- Wstrząsu mózgu...?

- No tak. Pierwszy raz zaraz po moim powrocie z Kanady. Przywiozłem stamtąd oryginalną piłkę do amerykańskiego futbolu. Na boisku za szkołą postanowiliśmy sobie pograć. Kazik biegł ściskając tę piłkę tak długo, aż nasz kolega, który postanowił wykopać mu ją z rąk trafił go w skroń. Kazik zaczął słabnąć, zbierało mu się na wymioty… Wylądował w szpitalu.

Kobranocka

- A ten drugi raz?

- Dwa lata później, gdy byliśmy już w VII klasie. Znaleźliśmy takie miejsce za lotniskiem, gdzie ktoś zrobił kort do gry w tenisa. Jeździliśmy tam rowerami, aby sobie pograć. Raz kiedy wracaliśmy rakieta Kazika zawieszona w siatce na kierownicy wkręciła się między szprychy, a on wywinął fikołka. No i powtórka. Zaczął słabnąć… Samochód, szpital… Nic nie przebije jednak historii, gdy jadąc na koncert z Giżycka do Szczytna byliśmy siedem razy na pogotowiu. I za każdym razem z innej przyczyny.

- Już w podstawówce założyliście pierwszy zespół?

- No jasne. Kiedy wróciłem z Kanady Kazik kupił sobie litewski instrument klawiszowy – Pille. To był straszne gówno, ale jak na 70. lata i czasy, gdy zasłuchiwaliśmy się Omegą, to było coś. Ja kupiłem sobie w sklepie harcerskim drugie takie cacko. I Kazik niczym MacGyver zmontował dwupoziomowe klawisze. To właśnie on nauczył mnie pierwszych funkcji na gitarze: a-moll, d-moll i e-moll albo E-dur… Wtedy zaczęliśmy grać muzykę eksperymentalną… (śmiech)

- Jak to brzmiało?

- Nie za dobrze (śmiech). Ja uderzałem całe akordy, a Kazik, który od I klasy szkoły podstawowej uczył się gry na pianinie, grał do tego nieco szybciej dźwięki na klawiszach. Do tego otwieraliśmy pianino, aby mieć dojście bezpośrednio do strun i przeciągaliśmy po nich różnymi przedmiotami. Wszystko oczywiście rejestrowaliśmy na kasetach. Odsłuchiwaliśmy to później zafascynowani efektami, potakując głowami i szepcząc „Taaak… Super...”

- Macie jeszcze te nagrania?

- Całe szczęście, że nie. Mamy za to nagrania z końca lat 70, gdy mieliśmy po 14 lat. Jest tam kilka utworów nagranych z Wojtkiem Stefańskim. Raz tego posłuchałem i chyba nigdy już więcej tego nie zrobię. I to wcale nie z winy Wojtka.

- Jak nazywał się pierwszy zespół, który mieliście razem z Kazikiem?

- Pierwszy nie miał nazwy. Drugi nazywał się Impreza Dla Chętnych. Graliśmy własne kawałki. Z jakimi tekstami? „Jestem robol sobie/ Na budowie co dzień robię/ Bluesa przy łopacie śpiewam / A robotę olewam”. Pamiętam jeszcze kawałek z tekstem „Napisz do mnie kochana list pachnący rumiankiem/ Na różowym papierze świeżym leśnym porankiem”, a także „Rady z dzieciństwa w sercach trzymamy/ Tak pół od ojca, tak pół od mamy”. Melodię tego utworu z podstawówki wykorzystaliśmy później w utworze napisanym dla piłkarskiej reprezentacji Polski.

- Zagraliście z tym materiałem jakiś koncert?

- Nie, ale w 1979 roku był jeden człowiek, który słuchał naszego koncertu w domu u Kazika. Dziś jest dyrektorem Domu Muz i nazywa się Tomasz Grześkowiak. Mieliśmy zagrać przed Kryzysem na Rynku Staromiejskim, ale nic z tego nie wyszło.

- A w liceum?

- W I LO założyliśmy w dwójkę Fragmenty Nietoperza. Potrzebowaliśmy gitary basowej, więc powiedziałem do Kazika „Teraz będziesz basistą”. I jest nim do teraz. (śmiech) Autentyczna historia. Mieliśmy instrumentalny utwór pt. „LO I”. Drugi kawałek miał refren” Stary mi wciąż o maturze, a to jeszcze tyle czasu/ Umówiłem się z dziewczyną, chciałbym jechać z nią do lasu”. Pierwszy koncert zagraliśmy w 1981 roku na Inowrocławskich Spotkaniach Artystycznych. Był szał jak jasna cholera. W swoim życiu miałem wtedy okres hendriksowski i grałem wiele dźwięków niekoniecznie z sensem.

- Z powodu tego utworu o maturze mieliście podobno jakiś problemem w szkole?

- 1 kwietnia graliśmy koncert w I LO. Grono pedagogiczne opuściło salę. Następnego dnia pierwsza lekcja – chemia. „Bryndal, Kraiński do odpowiedzi…”. Dwie pały. Następna lekcja – to samo. Siedem lekcji – siedem pał. Strasznie słabe to było, nawet z dzisiejszego punktu widzenia.

- Komentowali coś?

- Pewnie. „Dziesięć godzin nauki i godzina grania, a nie odwrotnie” – takie było przesłanie.

- Co dalej?

- Z Fragmentami Nietoperza trafiliśmy pod skrzydła „Od Nowy”. Klub żył już wtedy Nową Falą i punk rockiem, a my graliśmy pseudobluesy. Kazik wkręcił nas na przesłuchanie. Prezentowaliśmy się przed komisją, w której byli m.in. Grzegorz Ciechowski, Waldek Rudziecki i Sławek Ciesielski. Byliśmy przerażeni, ale ostatecznie nas przyjęto. Grzegorz Ciechowski zdradził mi później po latach, że był wtedy temu przeciwny. Nieco później Kazik z Piotrem Wysockim wyrzucili mnie z Fragmentów Nietoperza.

- Za co?

- Za bardzo skumałem się z Ciechowskim i zacząłem wprowadzać innowację do ich muzyki. Grałem mniej dźwięków i zupełnie inaczej je dobierałem. Ciechowski zaopiekował się mną i wymyślił nazwę dla nowego projektu – Nowo-Mowa. Graliśmy tam w trzech: Mariusz Ziemba, Piotr Piątek i ja. Po pół roku dołączył Andrzej „Bruner” Gulczyński. Później za Piątka przyszedł Piotr Wysocki z Fragmentów. Było fajnie, a później już coraz mniej fajnie. Przekazałam pałeczkę lidera i dostałem bilet do wojska.

- Aby uciec przed wojskiem trafiłeś na oddział psychiatryczny i poznałeś wtedy Ordynata Michorowskiego, który do tej pory jest autorem waszych tekstów…

- Dokładnie. Wtedy narodził się zespół Latający Pisuar, który z czasem przekształcił się w Kobranockę. Nazwa pochodziła od jednego z utworów. „Kiedy przyszedł pierwszy maja wtedy wiedział każdy krajan/ Żeby znaleźć jakiś srocz, by na pochód oddać mocz/ Znalazł się podobno talent, co balkonu srał w transparent/ Cztery lata za ten swąd sprawiedliwie dał mu sąd”. I właśnie w refrenie było: „Latający pisuuuuar!”. Po wielu latach jeden z utworów Latającego Pisuaru „Na wzwodzie” nagraliśmy na płycie Kobranocki.

- Zagraliście słynny koncert podczas Balu Plastyka w klubie „Od Nowa”. Wszyscy wspominają, że było ostro.

- A kiedy nie było ostro? (śmiech) Pamiętam, że przed koncertem piliśmy duże ilości wina. Kazikowi, który miał gitarę basową - słynną „maczugę” odziedziczoną po Pawle Kuczyńskim z Republiki - zepsuł się instrument. Co robić? Obok był schowany Ibanez Andrzeja Gulczyńskiego. Jego wymarzona gitara, na którą musiał ciężko harować.

- Wzięliście?

- Wzięliśmy. Idziemy z nią po schodach i ktoś zawołał „Kazik!”. On się odwrócił i "bach" gryfem o barierkę. A kit z tym.. Idziemy dalej. Wywrotek na scenie już nie pamiętam ile było. Kazik miał na nadgarstku pieszczochę z ćwiekami, a graliśmy wtedy dość szybko... Do tego metalowy pasek. Po koncercie gitary wyglądała jakby ktoś po niej z obu stron jeździł gwoździami. Bruner jak to zobaczył, to nie było wesoło. Próbował reanimować gitarę, ale nie wyglądało to fajnie. Z numerów, które przeszły do repertuaru Kobranocki graliśmy tylko „List z pola boju”.

- Podczas imprezy cytując za waszą stroną „Kazik przebrany na monstrualnych rozmiarów fallusa przebijał symboliczną błonę dziewiczą zawieszoną na drzwiach klubu”..

- To był początek balu organizowanego przez Yacha Paszkiewicza. Na drzwiach wejściowych rozwieszono pergamin. Kazik na głowę dostał nasadkę z tektury i gipsu. W sumie miał może z trzy metry wysokości. Zrobił rozbieg i …

- Są z tego jakieś zdjęcia?

- Nie z przebijania. Mamy tylko z koncertu.

- Ile z utworów Latającego Pisuaru trafiło do Kobranocki?

- Tylko „List z pola boju”. Pierwsze nagrania Kobranocki robiliśmy w styczniu 1986 rok w Bydgoszczy. Wszystkie numery znalazły się później na pierwszej płycie, ale jeszcze raz zostały nagrane. Wszystkie oprócz „Ameryki” . Tylko ja mam ten kawałek wypalony na kompakcie. „Jak ten diabeł w nas pierdolnie/ Będzie wreszcie po wojnie”. Sławek Ciesielski przyniósł tekst. Może kiedyś wydamy go jako bonus.

Ćwierć wieku z Kobranocką, Kwadrat z 19 sierpnia 2010 roku.

Ps. Poniżej jako bonus teledysk Kobranocki promujący ich album "SPOX"

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...