czwartek, 23 sierpnia 2012

Mariusz Lubomski: Nie straciłem nic z chłopca


- Myślałem, że wystąpię w Opolu w koszuli i spodniach. Ale jak w barze zobaczył mnie w moim codziennych ciuchach scenograf, to szepnął: "Jezu... Ty tak wyjdź na scenę". I wyszedłem - mówi MARIUSZ LUBOMSKI, toruński bard, który w tym roku obchodzi 30-lecie swojej pracy artystycznej.

Mariusz Lubomski (Fot. T.Bielicki)

- Co to była za sytuacja, podczas której występujący z Tobą Rafał Bryndal zniknął na koncercie?

- (Śmiech). Lata 80. Graliśmy wtedy razem jako grupa I z Poznania i z Torunia. Nasz ówczesny menadżer postanowił zorganizować koncert w Bydgoszczy. Mieliśmy wystąpić w Klubie Kolejarza. Problem polegał na tym, że nie poinformował nas dla kogo przyjdzie nam zagrać. Wychodzimy na scenę, a tam bywalcy klubu seniora i emeryci, którym zapowiedziano, że oto czeka ich wieczór z piosenką poetycką.

- No to trochę ich zaskoczyliście... 

- Trochę? W tamtym czasie zahaczaliśmy mocno o kabaret studencki. Stanęliśmy naprzeciwko publiczności, która już po pierwszym utworze zaczęła odzywać się z sali „Ale przecież to miała być piosenka poetycka!”. Pamiętam to jak dziś. W żaden sposób nie byliśmy w stanie przeciągnąć ich na naszą stronę. Nie było żadnej interakcji. Brnęliśmy w to coraz dalej, a z każdą piosenką było jeszcze gorzej.




- Co się wtedy stało z Rafałem Bryndalem?

- Na scenę wchodziło się bezpośrednio z korytarza. Konstrukcja koncertu wyglądała w taki sposób, że ja śpiewałem piosenkę, a później Rafał wchodził i coś opowiadał, albo dośpiewywał. I w pewnym momencie... nie wyszedł. A ja przy pełnej dezaprobacie sali czekałem na niego na tej scenie. Minuty leciały. Kompletnie zdezorientowany odłożyłem gitarę i poszedłem go szukać. Wyszedłem na korytarz. Chodzę po budynku. Nie ma. Zniknął. Wróciłem, aby zaśpiewać jeszcze jedną piosenkę i skończyliśmy.

- Uciekł?

- Hmm... Wracając z koncertu na stację kolejową znalazłem go na polu, gdzie się schował. Nie był w stanie znieść tego poziomu nieakceptacji, który udało nam się wspólnie wzbudzić u publiczności. I oto cała historia. Każdy kto coś takiego przeżyje w swoim artystycznym życiu, później ma już z górki.

Grupa I z Poznania i z Torunia na Yapie

- Jesteś synem toruńskiego prokuratora. Ojciec nie był chyba zadowolony z tego, że wybrałeś artystyczną ścieżkę? 

- Ta ścieżka przysparzała mu zapewne sporo kłopotów. Szczególnie gdy w 1987 roku po koncercie w „Kreślarni” Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Koszalinie dostaliśmy z Rafałem Bryndalem kolegium. Wtedy nie było do śmiechu. Ani jemu, ani nam.

- Za co była ta kara? 

- Na sali był cenzor, który niezwykle skrupulatnie przysłuchiwał się tekstom. Po kilku tygodniach do domu przyszło wezwanie. Protokół mam chyba jeszcze gdzieś w swoich szpargałach. Wyszczególniono w nim takie piosenki jak „Blok” czy „Indianie i kowboje” z dopiskami informującymi o tym, dlaczego ich wykonywanie jest niezgodne z prawem. Efekt? 12.500 zł kolegium, co można było zamienić na 25 dni aresztu. Nie była to mała kwota. Dodatkowo mieliśmy zakaz występu w województwie koszalińskim. Co ciekawe pół roku później spotkaliśmy jeszcze raz tego samego cenzora, który zaakceptował nam wszystkie piosenki. Nie obyło się przy tej okazji bez mocniejszego trunku.



- Cofnijmy się wcześniej. 1982 rok i Giełda Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie. Na scenie debiutuje grupa I z Poznania i z Torunia ze swoją „Imprezą w Klubie Harcerza”. I robi furorę.

- Zespół założyliśmy rok wcześniej razem z moim kolegą z Poznania. Do tekstu Rafała Bryndala, z którym znaliśmy się jeszcze z liceum, napisaliśmy dość prostą muzykę. Rafał nie wychodził wówczas jeszcze na scenę, Pojechał z nami towarzysko. Jednak po pewnym czasie jego pojawienie się stało się niezbędną wartością dodaną. Odnalazł się jako zwierzę kabaretowe, który świetnie opowiada, a gdy jeszcze czuje akceptację publiczności, to wznosi się na wyżyny. I tak zostało mu to do dziś.

- „Impreza w klubie Harcerza”, „Pani od biologii”, „Blok”, „Indianie i kowboje”... Wszystkie te piosenki krążą po internecie, ale nigdy nie trafiły na żadną płytę. Dlaczego?

- Wtedy nie było takich szans, a dziś śpiewam już nieco inny repertuar. Nasze drogi z zespołem w naturalny sposób się rozeszły. Razem z Rafałem wytraciliśmy to, co nas wtedy napędzało. W pewnym momencie pojechałem na Festiwal Piosenki Studenckiej do Krakowa, gdzie I z Poznania i z Torunia nigdy nie doceniono. Zaśpiewałem dwie piosenki z tekstami Rafała Bryndala i jedną ze słowami Sławka Wolskiego. Tę ostatnią był „Underground”. Spodobało się. W tamtych czasach naturalną koleją rzeczy był Koncert Debiutów na Festiwalu w Opolu. Ale odrzuciłem tę propozycję.


Rafał Bryndal oraz Mariusz Lubomski

- Dlaczego? 

- Uznałem, że Opole to nie jest moje miejsce. Na pewno nie Koncert Debiutów. Przy festiwalu odbywał się również koncert w teatrze, gdzie piosenki śpiewali przede wszystkim aktorzy. I tam zaśpiewałem ponownie „Underground”.

- W przykrótkim spodniach i w płaszczu, który później stał się nawet Twoim hmm.... Znakiem rozpoznawczym?

- Tak. To nie była żadna sceniczna kreacja. Myślałem, że wystąpię w Opolu w koszuli i czarnych spodniach. A jak w barze zobaczył mnie w moim codziennym stroju scenograf, to szepnął: „Jezu... Ty tak wyjdź na scenę”. I wyszedłem. Jestem dość wysoki, a wtedy w sklepach nie można było zbyt wiele dostać na mój rozmiar. Zostały więc krótkie spodnie i płaszcz.

- Po tych 30 latach na scenie czujesz się spełniony jako twórca?

- Nie. Brakuje mi większej liczby piosenek, które powinienem w tym czasie stworzyć. Wciąż jest ich za mało. Ale to moja wina. Zaniedbałem to, śpiewając na różnych festiwalach kompozycje innych twórców. Z drugiej strony powiem nieskromnie, że jestem chyba w całkiem dobrej formie. Nie zatraciłem w sobie tego chłopca, a z drugiej strony doszło do tego doświadczenie. Zadziwiające jest to, że potrafię nad tym zapanować. Nad tym chłopcem i nad tym mężczyzną.


sobota, 4 sierpnia 2012

Grzech Piotrowski: "Archipelago" w Dworze Artusa

Rzadko zdarza się, aby wszystko w zespole tak dobrze współgrało. Świetnie pulsująca sekcja rytmiczna, gitara i ten saksofon. W Dworze Artusa zagrał kwartet Grzecha Piotrowskiego. Chyba nigdy muzyka grana w tym miejscu nie miała w sobie tyle przestrzeni. Swoją skłonność do liryzmu Piotrowski ujawnił już w Alchemiku, później nadszedł czas m.in. na świetny album „Sin” oraz World Orchestrę. W Toruniu zaprezentował się z materiałem z płyty „Archipelago”. Polski Jan Garbarek, który jak mówił – nigdy nie gra na scenie standardów. Skąd ten gość bierze te melodie?


Alchemik "Legenda o Piaście Popielu"


Grzech Piotrowski "Birds"

niedziela, 22 lipca 2012

Toruńskie Gwiazdy 2012


"Toruńskie Gwiazdy". Ten smsowy plebiscyt rządzi się swoimi prawami. Jak pokazała historia tylko tutaj po główne laury w kategorii „Zespół Roku” może sięgnąć grupa, które nie wydała ani jednej płyty, a jej największym lokalnym osiągnięciem jest akompaniowanie radnym miasta na koncercie charytatywnym w Teatrze Baj Pomorski. Tylko tutaj jedyny toruński voice-boxer zostaje wystawiony do boju w tej samej kategorii co zespoły, a aby otrzymać nominację do „Płyty Roku” wystarczy wydać dowolny album. Niezależnie od jego wartości. 
W tym roku po raz kolejny były niespodzianki. Zwycięzcami „Toruńskich Gwiazd” okazali się: Sons of a Witch („Nadzieja Roku”), Burn („Zespół Roku”), Aberdeen („Płyta Roku”) oraz C-Tite („DJ Roku”). Dwie najważniejsze kategorie powędrowały do zespołów, które prezentują zupełnie różne gatunki muzyczne. Burn ugrzeczniony pop-rock z tekstami, które bez problemu przyswoi średnio rozgarnięty gimnazjalista. Aberdeen, nieślubne punkowe dziecko gitarzysty Manchesteru, w którego tekstach jest miejsce na opisywanie typowych męskich rozrywek. 
Czy takie zespoły jak Burn i Aberdeen są rzeczywiście najlepszą wizytówką Torunia? Czy to jest właśnie to, co obecnie ma najlepszego do zaoferowania słuchaczom toruńska scena muzyczna? Takie pytanie to nie złośliwość, ale chwila zastanowienia nad tym, czy w wieloletnim plebiscycie (podobnie zresztą jak na popularnych ogólnopolskich festiwalach), gdy wysyłane są na wykonawców smsy gwarantujące wygraną jest jeszcze miejsce na artystyczne wartości. I o czym tak naprawdę świadczy zdobycie dziś takich laurów?

Hotel Kosmos "Hermetyczne miejsca publiczne"

W piątek w fosie zamkowej zaprezentowali się laureaci plebiscytu „Toruńskie Gwiazdy” z minionych lat. Hotel Kosmos, Burn, Czaqu oraz Sofa. Było więc sporo zróżnicowanej gatunkowo muzyki. Niezależnie czy ktoś lubi obracać się w mrocznej estetyce post Nowej Fali, radiowym popie, gitarowym rocku czy syntetycznych brzmieniach mógł znaleźć tego wieczoru do posłuchania coś dla siebie. Co dalej? W którą stronę pójdzie plebiscyt „Toruńskie Gwiazdy” w najbliższych latach? I czy będą jakieś zmiany? 
Zainteresowanie imprezą, nad czym należy ubolewać, jest coraz mniejsze. Na koncercie Sofy, która pojawiła się w finale bawiła się zaledwie 1/3 zamkowej fosy. A przecież kiedyś bywało inaczej. Doskonale pamiętam plenerowe koncerty Republiki czy Kobranocki, które występując same na Nadwiślańskich Błoniach potrafiły zapełnić fanami muzyki całą przestrzeń od dawnego „Wodnika” aż za most drogowy. Dziś żaden toruński zespół nie jest już tego w stanie powtórzyć. I to jest chyba najsmutniejsze. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...