poniedziałek, 11 marca 2013

Domowe Melodie w klubie "Od Nowa"

Domowe Melodie. Justyna Chowaniak zgodnie z nazwą pisała (i nagrywała!) te piosenki w domu. Stąd niemal intymny charakter niektórych jej tekstów. Tekstów, których słucha się z ciekawością, bo po pierwsze - w odróżnienie od radiowej papki opowiadają o czymś, a po drugie - Chowaniak znalazła własny język do opisywania tego, co jest obok. Jest nieźle. Kiedy trzeba nostalgicznie, kiedy trzeba śmiesznie... I chyba to żonglowanie nastrojami i zestawienie jej nietypowych tekstów w kontraście z momentami wzniosłą muzyką, powoduje, że otrzymaliśmy mieszankę, której na polskim rynku muzycznym wcześniej nie było. Słucha się tego bardzo dobrze. Szczególnie na żywo, gdy zespół prezentuje rozszerzone wersje utworów, które zarejestrował na debiutanckiej płycie. Wśród nich niepozorna "Buła", która w koncertowej wersji została wzbogacona o niesamowite przestrzenne wokalizy w epilogu. A poza tym "Zbyszek", "Grażka", "Łono"... 



Warto wspomnieć, że Domowe Melodie to trio młodych multinstrumentalistów na czele z szalenie muzykalną wokalistką, która zdobywała wokalne szlify m.in. na scenie Teatru Buffo. Można się w muzyce Domowych Melodii doszukiwać wpływów grupy Beirut, można i Tiersena... Ale po co? W ubiegłym tygodniu wystąpili na scenie klubu "Od Nowa". Cztery bisy. Do tej pory był to jeden z najciekawszych koncertów w tym roku. Bez zadęcia. Z jajem.

poniedziałek, 4 marca 2013

Sławek Załeński i kobiety


Dla Sławka Załeńskiego, lidera Manchesteru, dzień bez napisania piosenki, to dzień stracony. Ma ich tyle, że wpadł na pomysł, aby się nimi podzielić. Z kobietami. Dzięki niemu dziesięć najlepszych toruńskich wokalistek zaśpiewa wspólnie na jednej płycie. 

- Postanowiłem zebrać najciekawsze śpiewające torunianki w jednym projekcie. Większość z tych dziewczyn jest niezwykle zdolna, ale jednocześnie nie ma możliwości nagrania własnej płyty – tłumaczy kulisy powstania wydawnictwa Sławek Załeński. – Zaczęło się od listy, którą zrobiłem. Znalazło się na niej dwanaście nazwisk. Wśród nich Asia Czajkowska, Marta Lityńska, a także mniej znana, ale utalentowana Sara Pach. Więcej nazwisk nie będę zdradzał, bo z częścią nie rozmawiałem jeszcze o udziale w tym projekcie.
Sławek Załeński jest naczelnym kompozytorem i autorem tekstów Manchesteru. W ramach odreagowania od grania pop rocka, założył kilka lat temu punkowe trio Aberdeen. Mimo tego baza piosenek w jego komputerze nadal nie przestawała rosnąć. – Piszę ich sporo, bo lubię bawić się różnymi stylami. Tak samo będzie na płycie. Każda z dziewczyn kojarzy mi się z określonym rodzajem muzyki, a więc dla każdej chciałbym napisać odpowiednią piosenkę – mówi gitarzysta. 

Sławek Załeński i Sara Pach
Współpracę przy projekcie zaczął od Asi Czajkowskiej, wokalistki swobodnie poruszającej w klimatach jazzu i soulu, która - tak jak wcześniej Kayah - współpracowała m.in. w Atrakcyjnym Kazimierzem. Aktualnie w domowym studio Sławka Załeńskiego trwają prace nad nagraniami z Sarą Pach. Młoda wokalistka jest laureatką wielu konkursów muzycznych. - Mamy już nagrane dwie piosenki. Materiał jest popowo-dyskotekowy, czyli diametralnie różny od tego co robiłem do tej pory. Nie chcę tworzyć drugiego Manchesteru. Bo po co? – mówi Załeński. 
Gitarzysta ma już doświadczenie w pisaniu dla kobiet. Pamiętamy jak w swoim poprzednim zespole – Toronto – był autorem tekstów dla wokalistki Oksany Predko. Jest również twórcą kilkunastu nigdy nie wydanych utworów dla telewizyjnej pogodynki – Doroty Gardias. Materiał został zarejestrowany na fali jej popularności, gdy wygrała telewizyjny show „Taniec z gwiazdami”. – Nagraliśmy wtedy 4-5 piosenek. To miał być typowo komercyjny projekt, ale wytwórnia zrezygnowała z jego realizacji – opowiada. 
Droga do sfinalizowania jego najnowszej płyty jest jeszcze długa, ale już w kwietniu będzie okazja, aby uchylić rąbek tajemnicy dotyczący tego projektu. Sławek Załeński zagra wówczas wspólnie z Asią Czajkowską w pubie „Pamela”. Podobno będzie sporo elektroniki. Wydawcą płyty z toruńskimi wokalistkami będzie HRPP Records.

niedziela, 24 lutego 2013

"Jazz Od Nowa Festival" 2013


Wyjątkowość toruńskiego festiwalu od początku polega na tym, że wykonawców hołdujących tradycyjnie pojmowanej muzyce jazzowej zestawia się na scenie z tymi, którzy starają się od tej klasyki oderwać. Czy to miksując tradycyjny jazz z innymi gatunkami, szpikując go folkowymi elementami, wprowadzając do niego nieco teatralne akcenty czy badając przeogromne przestrzenie free jazzu. I z tym wszystkim podczas tegorocznej edycji „Jazz Od Nowa Festiwal” mieliśmy do czynienia. Z różnym skutkiem. 

(Fot. T. Bielicki)


Cztery dni i wiele międzynarodowych składów. Choć nie zaliczam się do jazzowych purystów to jednak trzeba przyznać, że jeden z ciekawszych muzycznie występów tegorocznej edycji festiwalu zafundował publiczności klasyczny kwintet Zbigniewa Namysłowskiego. Niby nic nowego, ale jednak każda saksofonowa solówka lidera przyciągała uwagę. W jazzie najgorsza bywa przewidywalność, a w tym przypadku frazy Namysłowskiego wymykały się schematom przynosząc wiele niespodzianek. A o to przecież w jazzie chodzi. Aranżacyjnie i melodycznie też bez zarzutu. 
Poprzedzający kwintet autora klasycznego „Winobrania” grupa A-Kineton zaprezentował muzykę zupełnie z innej półki. A raczej z szuflady z hasłem „improwizowana muzyka kontemplacyjna”. Słuchało się tego przyjemnie, choć na żywo materiał z wydanej przed rokiem płyty momentami zbytnio był rozmemłany. Zabrakło też trochę ognia, który grający na zakończeniu festiwalu freejazzowe trio Ballister (brawa dla saksofonisty Dave’a Rempisa) miało aż za wiele. I to tak dużo, że część publiczności, która przybyła tego wieczoru głównie na występ Michała Urbaniaka, spędziła czas oczekując na jego koncert na korytarzu.  
Sam Michał Urbaniak wielkim jazzmanem jest. Grywał z największymi, a to co już miał w swoim życiu muzycznego udowodnić, udowodnił. Teraz gra to, co lubi i z kim lubi. Rewolucji w jego grze już nie ma. Jest za to radość z grania, co można było usłyszeć podczas półtoragodzinnego koncertu zakończonego bisem, w którym sięgnął do spuścizny innego wielkiego polskiego jazzmana - Krzysztofa Komedy. Całość koncertowego materiału pozostawała z daleka od hołubionego przez niego fusion, płynąć bardziej w stronę Daviesowskiej estetyki. No i te organy Wojciecha Karolaka i trąbka Jerzego Małka... 

PGR - Latin Fire! (Fot. T. Bielicki)
A reszta? Ciekawym muzycznym mariażem okazał się PGR – Latin Fire! Projekt puzonisty Grzegorza Rogali z latynoskimi muzykami. Choć - tak jak w przypadku formacji A-Kineton – zabrakło w nim tytułowego ognia. A może nawet bardziej przyjaznego klapnięcia w plecy, które pozwoliłoby muzykom nabrać więcej rozpędu, aby zaszaleć na scenie. Nie zawiódł Eryk Kulm International Quartet. Nie bez powodu Piotr Wojtasik, który w nim zagrał został w tym roku wybrany w rankingu „Jazz Forum” najlepszym trębaczem w Polsce. Wyprzedził w nim nawet Tomasza Stańko. 
To tak w wielkim skrócie... Piątkową odsłonę festiwalu opuściłem z przyczyny zawodowych. Podobno formacja Ananke, wzbogacona o śpiew jemeńskiej wokalistki, rzeźby i elementy performance, emanowała pozytywną energią spod znaku world music. Trochę żałuję, że nie widziałem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...