niedziela, 13 maja 2012
sobota, 5 maja 2012
Muzyczny Camping - Brodnica pełna wolności i rocka
Poza alkoholem, w codziennym menu królowało mleko i chleb. Ten ostatni na czas festiwalu sprowadzano z okolicznych miejscowości, aby wykarmić kilka tysięcy miłośników rocka, bluesa i reggae. W latach 80. Brodnica stała się ich wakacyjną mekką. Podobnie jak Jarocin. Królowały tutaj długie włosy i postrzępione kolorowe pióra postawione na cukier, które drażniły nie tylko milicję, ale i okolicznych księży. Po trzech dekadach od pierwszej edycji Muzycznego Campingu, festiwal znów zagości ma mapie Polski. Jak rodziła się jego legenda?
![]() |
| Lombard - jedna z gwiazd pierwszej edycji festiwalu w Brodnicy |
Z chwilą, gdy w 1993 roku policja użyła wobec zbuntowanych nastolatków gazu, armatek wodnych i broni, zakończyła się budowana przez lata muzyczna legenda Brodnicy. To tu każdego lata, między festiwalami w Mrągowie i Jarocinie, zjeżdżali wszyscy spragnieni rocka. To tu pierwsze kroki stawiali, m.in., Maciej Maleńczuk i Chł opcy z Placu Broni, a Dżem kończył imprezę nad ranem trzygodzinnym koncertem. Kiedy w 1982 roku pojawiły się pierwsze plakaty, reklamujące Rock na Pojezierzu, nikt nie spodziewał się, że da to początek jednemu z najważniejszych festiwali muzycznych w kraju - Muzycznemu Campingowi. Imprezie, którą po latach przerwy postanowiono reaktywować w tym roku.
- Proszę to sobie wyobrazić. Lata 80. 25-tysięczne miasteczko. I nagle przyjeżdża do niego 3-5 tys. osób. Chleb sprowadzaliśmy do sklepów z sąsiednich miejscowości. A i tak go brakowało - wspomina Grzegorz Grabowski, który wówczas pracował w Brodnickim Domu Kultury i wymyślił festiwal. - Prysznice i toalety na polu namiotowym były, ale nieprzystosowane do potrzeb tylu osób. Wciąż spadało ciśnienie w rurach z wodą. Mimo to impreza stała się najważniejszym wydarzeniem XX wieku w Brodnicy, co potwierdzają wszystkie ankiety na temat miasta. Wielu czekało na ten festiwal przez cały rok. A nie wszyscy, którzy przyjeżdżali, byli aniołkami.
Podczas pierwszej edycji w lipcu 1982 roku zagrały cztery gwiazdy: Republika, Lombard, Stalowy Bagaż, TNT. Do tego konkursowe zespoły wyłonione na podstawie nadesłanych kaset. Wśród nich grupa WC. - Teksty przysłali na papierze toaletowym i trzeba je było przepisywać, aby pokazać cenzurze. Zresztą za każdym razem jechało się do Torunia po zgodę na wykonanie utworów - mówi Grzegorz Grabowski. - Czy cenzorzy czytali te teksty? Przeglądali. Nikt tego nie sprawdzał, ale może jakieś gumowe uszy na koncercie bywały. Z drugiej strony, nagłośnienie było takie, że trudno było wychwycić słowa.
![]() |
| W latach 80. Brodnica była słynna jak Jarocin i Mrągowo. |
Pierwsza impreza i od razu pojawiło się 2-2,5 tys. osób. Nie było nawet żadnego ogrodzenia, które otaczałoby scenę. Tylko zwykły plastikowy płotek, który po zmroku padł pod naporem fanów muzyki. Akurat wtedy, kiedy grała Republika. Rock na Pojezierzu miał - zgodnie z nazwą - rockowy charakter, ale z czasem otwarto się także na bluesa i reggae. Dlatego też od drugiej edycji pojawił się drugi człon - Muzyczny Camping, który w 1984 roku już funkcjonował jako samodzielna nazwa dla całej imprezy. Jej nieodłącznym elementem podczas koncertów w brodnickim amfiteatrze były wyciągnięte do góry ręce z kasprzakami, na których rejestrowano muzykę ulubionych grup. Ile z tych nagrań przetrwało?
Z roku na roku Muzyczny Camping cieszył się coraz większym powodzeniem. Przełomowe okazały się lata 1986-1987, co można wiązać ze wzrostem popularności muzyki reggae. Do Brodnicy zjeżdżali Bakshish, Daab, Gedeon Jerubbaal, Izrael. Grywali tu, m.in., Kult, Oddział Zamknięty, Tadeusz Nalepa, Lady Pank, Martyna Jakubowicz, Ireneusz Dudek, a także Stanisław Soyka, który zażyczył sobie, aby przyjechała po niego do Warszawy... taksówka. I tak też się stało. Od 1983 roku na festiwalu regularnie grywał już Dżem, który od 1989 roku był również współorganizatorem brodnickiego festiwalu. To właśnie w Brodnicy Ryszard Riedel stawał się legendą.
Co ciekawe, Kościół, który stał w opozycji do festiwalowej kolorowej młodzieży, zmienił swój stosunek, gdy do Brodnicy zawitali wyznawcy Hare Kryszna. Księża zaczęli wówczas organizować festiwalowe msze święte i dożywianie. Bo z żywnością był zawsze problem. Gdy cokolwiek pojawiało się w sklepach, natychmiast znikało. W menu festiwalowiczów królował standardowy zestaw: mleko plus chleb. No i oczywiście alkohol. W restauracjach i barach brakowało jedzenia permanentnie. Podczas jednej z edycji kierownik BDK, Stanisław Krajnik, uruchomiając kontakty partyjne załatwił nawet dodatkowy transport mięsa dla miasta. I przywieźli.
- Krowie ogony! Sprzedawali je w najelegantszej restauracji, a ludzie kupowali je jak rarytas, bo nie było nic innego. Tłuste to takie, pocięte na kawałki i zaserwowane na talerzu... - wspomina Sławek Wierzcholski - obok m.in. Bogdana Skonieczki i Adama Halbera - jeden z festiwalowych konferansjerów oraz lider Nocnej Zmiany Bluesa, która podobnie jak Dżem regularnie gościła na campingu. - To była marka. Na Śląsku, nad morzem... Wystarczyło tylko rzucić hasło „Brodnica” i już było wiadomo, o co chodzi. Na ulicach było widać tę odmienność. Długie włosy, kolorowe irokezy... Kontrast drażnił i milicję, i księży.
![]() |
| Koncerty na scenie głównej trwały zazwyczaj dwa dni. Przyciągały od 2,5 do 7 tys. widzów. |
Polityki nigdy na campingu nie było. Przynajmniej nie tyle, ile na festiwalu w Jarocinie, choć w 1989 rok tłum próbował podpalić milicyjną nyskę. - Było wiadomo, że festiwal nie jest już imprezą lokalną. Zawsze były targi z komendą wojewódzką o to, ilu funkcjonariuszy mają oddelegować, aby ją zabezpieczać - mówi Grzegorz Grabowski. - Od 1990 roku, kiedy imprezę organizował mój klub „Piano”, pojawiały się żądania, aby zakwaterować funkcjonariuszy, aby ich wyżywić... W 1993 roku po raz pierwszy festiwal ochraniała firma z Olsztyna, która zabezpieczała również festiwal w Mrągowie. Jej pracownicy starali się wykonywać swoje zadania. I może robili to zbyt dokładnie.
W 1993 roku do Brodnicy przyjechało aż 7 tys. osób. Wpuszczanie trwało długo, bo ochrona zabierała wszystkie niebezpieczne narzędzia. Od pasków po zapalniczki. A tłum napierał. Pojawiło się kilkadziesiąt osób, które nie zamierzały płacić za bilety i szukały rozróby. W stronę ochroniarzy poleciały kamienie. Wybito szyby w BDK. Policja zaczęła interweniować dopiero wtedy, gdy organizatorzy skontaktowali się z komendą główną. Funkcjonariusze pojawili się w dużej grupie i od razu skierowali na siebie całą agresję. W ruch poszły płyty chodnikowe, deski i cegły. Policja najpierw użyła gazu, a później armatek wodnych oraz plastikowych kul. Nad ranem okolica wyglądała jak po bitwie.
![]() |
| Swoje pierwsze muzyczne kroki na scenie stawiał m.in. Maciej Maleńczuk. |
W mediach podawano, że w starciach wzięło udział 200 policjantów i tysięczny tłum. Grzegorz Grabowski upiera się, że liczby zawyżono i dzieli je przez 10. Jedna osoba straciła oko. - Miałem świadomość, że nie będzie już szans, aby to dalej organizować. Jak był sukces, to wszyscy klepali mnie po plecach. Ale jak zrobiła się zadyma, to winny był prywatny organizator. Musiałem zapłacić za szkody 30 milionów ówczesnych złotych - podkreśla. - Jakie mam oczekiwania wobec tegorocznej reaktywacji Muzycznego Campingu? Pozytywny duch tej imprezy już nie wróci. Nie ma szans. Jednak mnóstwo osób, które spotykam, wciąż ją wspomina. Nie ukrywam, że robię to dla nich.
* Tegoroczny Muzyczny Camping odbędzie się 7 lipca nad Jeziorem Niskie Brodno.Zagrają: Open Blues, Nocna Zmiana Bluesa, Jafia Namuel, Trebunie Tutki, Twinkle Brothers, Dżem i Kobranocka.
** Wszystkie fotografie pochodzą ze strony -> http://www.muzyczny-camping.pl
Etykiety:
brodnica,
dżem,
grabowski,
halber,
krajnik,
kult,
lombard,
maleńczuk,
muzyczny camping,
nocna zmiana bluesa,
republika,
skonieczka,
soyka,
stalowy bagaż,
wc,
wierzcholski
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Sławek Wierzcholski: Nocna Zmiana Bluesa ma 30 lat
- Pierwszy tatuaż - serce przepasane szarfą z napisem blues i mieczem boleści - zrobiłem po konkursie bluesowym w Szczecinie. Później wytatuowałem sobie jeszcze m.in. harmonijkę. Kiedyś to mnie bawiło, bo tatuaże szokowały. Dziś to normalka - wirtuoz harmonijki ustnej, Sławek Wierzcholski, opowiada o trzech dekadach spędzonych przy mikrofonie z Nocną Zmianą Bluesa.
![]() |
| Sławek Wierzcholski Fot. T. Bielicki |
Dlaczego nie przepadasz za nazwą swojego zespołu?
Jest zbyt długa i niepraktyczna. Republika to była dobra nazwa (śmiech). Nazwa to hasło. Nie musi przekazywać treści. Młode zespoły zawsze chcą, aby była dowcipna, aby był jakiś podtekst... Z naszą zawsze mamy problem podczas zagranicznych koncertów.
Jak ją wymawiają za granicą?
W ogóle jej nie wymawiają. Ani nazwy zespołu, ani mojego nazwiska. „Slawek, Slafek ...” i nic poza tym. Decyzja o jej wybraniu zapadła bardzo szybko. Jechaliśmy wtedy na festiwal do Białegostoku i trzeba była coś wymyślić. Jak optowałem za Mixerem. Intuicyjnie wydawało mi się, że słowo, które brzmi podobnie w języku polskim i angielskim będzie bardziej praktyczne. Niestety tak się nie stało.
Która z płyt NZB była przełomowa dla zespołu?
„Chory na bluesa”. W pewnym momencie przestało mi wystarczać interpretowanie klasyków bluesa. Pamiętam koncert na rynku w Sandomierzu pod koniec lat 80. Wtedy doznałem olśnienia. Powiedziałem sobie: „Jak to? Śpiewasz w tak pięknym polskim mieście teksty po angielsku?”. Od tamtego czasu postanowiłem pisać po polsku. Tak narodził się materiał na album „Chory na bluesa”, który ukazał się w 1993 roku na jednej z pierwszych polskich płyt kompaktowych. Nasz pierwszy przemyślany, dojrzały materiał.
Ile utworów napisałeś przez te 30 lat?
Około 200. Każda z piosenek ma swoją historię. „Robota kipi” to moja wspomnienia z czasów gdy pracowałem na produkcji w „Apatorze”. Opis ciężkiej pracy człowieka, który chciałbym przyspieszyć zegar, aby wreszcie pójść do domu. To opis moich autentycznych przeżyć. Kiedy pisałem tekst miałem przed oczami ten zakład czując w nozdrzach zapach smaru i ciętego metalu. Z kolei „Hotelowy blues”, który stał się najsłynniejszym utworem mojego autorstwa, zaśpiewał zamiast mnie - Ryszard Riedel. Dlaczego? Zawsze lepiej czułem się w dynamiczniejszych piosenkach.
Każda okrągła rocznica to pretekst do podsumowań. Patrząc wstecz dostrzegasz jakieś momenty w historii zespołu, w których jeszcze bardziej mogliście wykorzystać swoją szansę, ale nic z tego nie wyszło?
Chyba niczego takiego nie było. Dobrze pamiętam za to moment, podjęcia jednej z najważniejszych decyzji w moim życiu. W 1987 roku porzuciłem pracę nauczyciela języka angielskiego w Studium Nauczycielskim, ponieważ nie mogłem jej już pogodzić z życiem koncertowym. Bywało, że woźny prosił mnie do telefonu, bo sąsiad dzwoni, że woda leje się w moim domu. „Co robić” - pytam dyrektorkę. „Panie Sławku, niech Pan leci”. „Ale ja mieszkam daleko i nie dam rady już wrócić”. „Nie ważne, niech Pan biegnie...”. Pobiegłem, ale nie do domu. Za rogiem stał już samochód, którym jechaliśmy na koncert. Tylko raz odważyłem się na coś takiego. I później bardzo źle się z tym czułem.
Kilka taktów z „Chorego na bluesa” można dostrzec na Twoim ramieniu...
Mam też inne tatuaże. Pierwszy - serce przepasane szarfą z napisem blues i mieczem boleści - zrobiłem po konkursie bluesowym w Szczecinie. Był jedną z nagród, ale laureat zrezygnował z wyróżnienia. Można powiedzieć, że je odkupiłem. Później wytatuowałem sobie jeszcze m.in. harmonijkę. Kiedyś to mnie bawiło, bo tatuaże szokowały. Dziś to normalka. Od czasu kiedy honorowo oddaję krwi, przestałem je robić.
„Czai się emerytura, a nam ciągle chce się grać” rozbrzmiewa w promującym jubileuszowy album pt. "30" utworze „Chce się grać”. Jakie jeszcze macie marzenia jako zespół?
Sława i pieniądza (śmiech). Bo to bardzo miłe, że parę osób mnie rozpoznaje, ale jakim tam ze mnie sławny człowiek?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




